W stosunkowo niewielkiej Warszawie i tak było bezpieczniej niż w dużych metropoliach. Paryż, na przykład, był miastem nad wyraz niebezpiecznym, gdzie działały bandyckie szajki. Było tak w czasach Franciszka Villona (XV wiek), znawcy i piewcy ówczesnego złodziejskiego świata, opisywanego później tak sugestywnie przez nieodżałowanego prof. Bronisława Geremka.

Nie lepiej było na przełomie XVIII i XIX wieku, gdy w świecie tym brylował Eugeniusz Vidocq, najpierw jako błyskotliwy przestępca, a potem bardzo skuteczny flik.

Jeszcze w drugiej połowie XIX wieku w stolicy Francji działały liczne szajki bandytów napadających na przechodniów, którzy zapuścili się późną nocą w niebezpieczne rejony. Odbywało się to na ogół w ten sposób, że jeden ze wspólników chwytał upatrzoną ofiarę w uścisk ramienia, a drugi przeszukiwał kieszenie, następnie uduszonego człowieka zrzucano z bulwaru do Sekwany. W złodziejskiej gwarze określano to obrazowo jako „charriage à la mécanique” – przewiezienie maszyną.

W Londynie natomiast w tym samym czasie bandyci działali w sposób wspomniany przez Magiera: metodą „na garotkę” polegającą na zarzucaniu upatrzonemu przechodniowi stryczka na szyję, uduszeniu go i obdarciu ze wszystkiego. Była to podobno codzienność miasta, póki brytyjski parlament nie uchwalił specjalnej ustawy „Garoters Act”, na podstawie której sprawców bandyckich napadów karano bardzo surowo, m.in. chłostą przed powieszeniem. Po latach wyrażano przekonanie, że to nie owa ustawa przyczyniła się do zlikwidowania bandytyzmu, ale wzmocnienie bezpieczeństwa na ulicach i wzmożone przeciwdziałanie policji. Akcentowała to mocno „Gazeta Sądowa Warszawska”, gdy na przełomie XIX i XX wieku zakwitło w mieście nożownictwo.

Stanisław Milewski

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze