Pojawili się pod koniec lat czterdziestych, zdominowali lata pięćdziesiąte. Wzorce płynęły z zohydzanej oficjalnie Ameryki. Nazwa wywodzi się od atolu Bikini, gdzie Amerykanie testowali broń atomową. Uzasadniona jest też teoria, że bikiniarze zawdzięczali swą nazwę kolorowym krawatom, często z palmą, pod którą wygrzewała się skąpo ubrana dziewczyna. Ciąg skojarzeń prosty: palma – atol – bikini.

W Krakowie nazywano ich „dżollerami”, we Wrocławiu „bigarzami”. Niezależnie od miejsca zamieszkania bikiniarza obowiązywały wspólne elementy stroju. Kolorowy krawat do szerokiej marynarki. Spodnie: przykrótkie, wąskie, sięgające do łydek, odsłaniające prążkowane skarpetki w jaskrawych kolorach. Do tego buty „na słoninie” (grubej, gumowej podeszwie). Ponadto, szanujący się bikiniarz nosił kapelusz typu „naleśnik”. Pod nim fryzura do wyboru: „plereza” albo „mandolina”.

Bikiniarz wyróżniał się w tłumie niczym bażant w stadzie wróbli. Wzorcowy przedstawiciel ludu pracującego miast i wsi nosił się wtedy na szaro: ciemny płaszcz i kapelusz, w ręku aktówka. Do roboty: waciak, gumofilce i beret z antenką.

Jerzy Paramonow, słynny bandyta z tamtych lat, o którym śpiewano knajackie ballady, bikiniarza nie przypominał. Niski facecik z zaczesanymi do tyłu czarnymi włosami uważany był za swojaka, chociaż miał krew na rękach.

Zanim Paramonow zabił milicjanta, zrobił coś, co dziś może wywołać jedynie uśmiech politowania. Napadł na sklep przystrojony w maskę z… gazety „Express Wieczorny”. W czasach, kiedy milicja jeździła rowerami po mieście stołecznym, facet z gazetą na głowie wzbudził taki strach, że sklep obrabował.

 

Gnat pod ortalionem

Lata sześćdziesiąte to dekada ortalionu. Dobry był na każdą pogodę. Przeciwdeszczowe płaszcze z tego materiału noszono także w słoneczne dni. Ludzie z szemranego towarzystwa też je doceniali: pod połami uniwersalnego płaszcza łatwo było ukryć „kosę”, a w kieszeniach butelkę i karty do gry.

Do kompletu pasowała koszula non-iron, czyli niewymagająca prasowania. Byłaby faktycznie wygodna w użyciu, gdyby nie jej podstawowa wada: latem nie przepuszczała powietrza, a zimą zabierała ciepło. Kolorowe krawaty z palmą poszły w kąt, wiązało się wąskie, czarne, zwane pieszczotliwie śledziami.

 

W połowie lat sześćdziesiątych zaczęła się też era teksasu. Szyte z niego swojskie „odry” nie miały z amerykańskim dżinsami wiele wspólnego, ale i tak były gorącym towarem i przedmiotem pożądania.

Pod koniec lat sześćdziesiątych pojawili się pierwsi hipisi, a razem z nimi moda na koszule w kwiaty i „dzwony” – spodnie rozkloszowane od kolan.

 

Dżinsy i szwedki

W 1972 roku został otwarty pierwszy sklep sieci Pewex. Ciuchy z dolarowych sklepów do końca PRL-u uchodziły za synonim luksusu. Marzeniem każdego chłopaka były dżinsy z oryginalną metką.

No, może poza gitowcami zwanymi git-ludźmi lub garownikami, którzy rej wodzili w subkulturach młodzieżowych. Można było ich poznać po krótkich włosach, wiatrówkach szwedkach i szerokich spodniach. Dla gitowców liczyła się odwaga i lokalny patriotyzm, który sprowadzał się do walk między osiedlami, dziś napisalibyśmy: ustawkami.

 

Jawa nad Świdrem

Lata osiemdziesiąte, te po karnawale Solidarności, to jeden z najsmutniejszych okresów w dziejach PRL-u. Represje, beznadzieja, pustki na półkach sklepowych. Ale hasło „Polak potrafi” działało i rodacy ratowali handel ciuchami z „prywatnego importu”.

Hitem bazarowych przymierzalni była dżinsowa odzież przywożona z Turcji. Z dekatyzowanego materiału zwanego marmurkiem szyto przede wszystkim spodnie oraz kurtki z odczepianymi rękawami, dzięki czemu mogły pełnić rolę kamizelek.

Popularne były też marynarki z charakterystycznie podwiniętymi rękawami na wzór „Policjantów z Miami”. Taki strój dopełniały mokasyny i białe skarpetki, uchodzące za szczyt obciachu, ale w niektórych kręgach modne i dziś.

Kolejny odzieżowy symbol tamtych czasów to dres z kreszu – materiału, który już po opuszczeniu fabryki wyglądał jak pognieciony. Gangsterom znad Wisły pasował wyjątkowo do „pogniecionych” twarzy.

Cechą PRL-u była siermiężność i w takich też warunkach działali przestępcy. Podczas jednego z najsłynniejszych napadów (14 kwietnia 1988 roku przed Bankiem Spółdzielczym w Otwocku) bandyci ukradli walizkę pieniędzy i uciekli… jawą 350 CZ. Porzucili motocykl nad rzeką Świder.

Złodziei nie złapano. Łupu nie odzyskano. Kwota 50 mln zł, jaką zrabowali, była rekordowa – równowartość 45 tysięcy dolarów. (Wystarczyłoby na zakup 15 mieszkań w Warszawie na wolnym rynku).

Po 25 latach sprawę umorzono. Czerwona jawa 350 CZ, wyciągnięta z depozytu trafiła na jeden z portali aukcyjnych.

 

Ryszard Bukowski

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze