To było jedno z najdłuższych śledztw w dziejach Stanów Zjednoczonych. W połowie lipca 2016 roku, po 45 latach wytężonej pracy, zapadła decyzja o zamknięciu postępowania w sprawie porwania Boeinga 727. Do dziś nie wiadomo, gdzie dokładnie wylądował porywacz, który wyskoczył z lecącego samolotu, ani jak się naprawdę nazywał. Mimo zakrojonego na szeroką skalę dochodzenia, zuchwałego śmiałka nigdy nie schwytano.

 

Środa 24 listopada 1971 roku poprzedzała coroczne amerykańskie Święto Dziękczynienia. Na lotnisku w Portland (stan Oregon) pojawił się elegancki mężczyzna ze skórzaną aktówką w ręku. Miał krótkie, ciemne włosy, piwne oczy i śniadą cerę. Ubrany w czarny płaszcz i taki sam garnitur oraz śnieżnobiałą koszulę i czarny krawat ze spinką z masy perłowej, wyglądał jak latynoski biznesmen albo wysokiej szarży urzędnik.

 

Elegancka czarna walizka

Nie wyróżniał się niczym szczególnym spośród setek pasażerów, oczekujących tamtego dnia na odlot samolotu. Podszedł do jednego z okienek kasowych, przedstawił się jako Dan Cooper, i kupił – płacąc gotówką – bilet do Seattle na lot numer 305. Najprawdopodobniej fałszywe personalia, które podał kupując bilet na lotnisku, pochodziły od bohatera popularnego w tamtym czasie kanadyjskiego komiksu, który na jednej z okładek wyskakuje ze spadochronem z lecącego samolotu. Zgodnie z prośbą, udało mu się zarezerwować miejsce w tyle maszyny, oznaczone numerem 18C. Nie było problemów ze spełnieniem tego życzenia, gdyż samolot wypełniony był niespełna w połowie.

Na początku lat 70. ubiegłego stulecia, kontrola pasażerów na lotniskach – szczególnie w przypadku lotów krajowych – była raczej biurokratyczną formalnością, do której nie przywiązywano wielkiej wagi.

Nikt nie sprawdzał zgodności danych na bilecie z dokumentem tożsamości. Można było podać fikcyjne nazwisko i raczej nikt tego nie wychwycił.

Tak samo było w przypadku bagażu podręcznego. Wprawdzie przepisy precyzyjnie określały jego wagę i wymiary, lecz rzadko kiedy było to egzekwowane.

Elegancko ubrany mężczyzna miał ze sobą sporych rozmiarów walizkę, która powinna zostać nadana jako tzw. bagaż rejestrowy i umieszczona w luku bagażowym. Na lotnisku nie każdy chce jednak czekać dodatkowe kilkanaście minut po odbiór bagażu.

To miał być zwyczajny lot pomiędzy odległymi o 250 kilometrów miastami. Z takim przekonaniem wsiadło do samolotu 35 pasażerów oraz 6 członków załogi Boeinga 727. Żaden z nich nie mógł przypuszczać, że ten właśnie lot przejdzie do historii, jako jedna z największych, nigdy nierozwiązanych zagadek kryminalnych w dziejach Stanów Zjednoczonych. Pomimo wytężonej pracy pozostały tylko domysły, hipotezy i znaki zapytania.

 

To nie żart!

Zgodnie z rozkładem, samolot wystartował o godzinie 14.50. Kilka minut później, siedzący w tylnej części maszyny Dan Cooper zapalił cygaro i zamówił bourbon z wodą sodową. Kiedy stewardesa, Florence Schaffer, przyniosła mu alkohol, wsunął jej do ręki niewielką karteczkę. Kobieta była już przyzwyczajona do takich zachowań, bo wielu pasażerów wręczało jej w ten sposób swój numer telefonu, w nadziei na niewinny flirt.

Schaffer zbyła mężczyznę wzruszeniem ramion, niemniej karteczkę schowała do kieszeni służbowego uniformu. Kiedy ponownie przechodziła obok „adoratora”, ten skinął na nią, jakby chciał dać znak, że ma jej coś do powiedzenia.

Powinna pani przeczytać kartkę, którą dałem przed chwilą. Mam bombę i to nie jest żart – szepnął jej do ucha. Dla potwierdzenia swoich słów rozsunął zamek błyskawiczny bagażu, trzymanego pod siedzeniem.

Nogi ugięły się pod nią z przerażenia: w sporej walizce było coś, co przypominało baterię, osiem czerwonych cylindrów oraz plątanina przewodów. Kobieta nie miała wątpliwości, że to bomba.

Drżącymi rękoma sięgnęła po karteczkę, którą niedawno wręczył jej ten sympatycznie wyglądający pasażer. Kilka zdań napisanych na maszynie nie pozostawiało żadnych wątpliwości: „W walizce mam bombę. Użyję jej, jeśli będzie to konieczne. Chcę żebyś usiadła obok mnie. Zostaliście porwani”.

Roztrzęsiona Florence powiedziała o tym swojej przełożonej, ta poinformowała pilotów, ci zaś wieżę kontrolną w Portland. Chwilę później wiadomość dotarła także do policji i FBI. Po kilku minutach Florence Schaffer przekazała kolejne polecenie porywacza: wstrzymać się z lądowaniem do czasu, aż wszystkie rzeczy, których żąda, zostaną dostarczone na lotnisko.

Jak wspominała potem pani Schaffer: – Porywacz, zanim jeszcze dał mi tę pierwszą karteczkę, patrzył się na mnie przenikliwym wzrokiem. Nawet sobie w duchu pomyślałam, że to kolejny naiwny, który próbuje ze mną flirtować. Przez cały lot nie dałam tego po sobie poznać, ale bardzo się bałam, co z nami będzie. Myślałam wtedy o umieraniu. Myślałam, że już nigdy nie zobaczę swoich rodziców, braci i siostry…

Inna rzecz, że wedle jej relacji porywacz nie był nerwowy, wydawał się nawet dość miły. Był zamyślony i przez cały czas spokojny. Kiedy zamówił drugą porcję bourbonu, próbował zapłacić za niego, a podczas postoju na lotnisku przed odlotem do Meksyku zaproponował, by zamówić ciepłe dania dla całej załogi.

1 2 3 4 5>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze