Piotr S. zakochał się w 2006 roku. Włączył telewizję i na ekranie ukazała się kobieta jego marzeń. Zwariował na jej punkcie. Obiektem jego westchnień stała się dziennikarka telewizji regionalnej. Ucieszył się, że mieszkał w tym samym mieście, gdzie znajdowała się siedziba telewizji.

Dotrzeć do kobiety nie było trudno. Zaczął od wysyłania listów przez internet. Na początku był bardzo grzeczny, pisał: „Szanowna Pani…”. Szybko jednak zaczął się spoufalać: „Moglibyśmy ponudzić się trochę albo pomilczeć we dwoje, nie wiem, co ci się bardziej spodoba”. Cały czas nalegał na spotkanie. Dziennikarka ignorowała wiadomości. Po pewnym czasie rozpoczęły się telefony do redakcji. Prosiła, aby nie dzwonił. Bez skutku. Zaczął czyhać na nią pod budynkiem telewizji. Z każdym dniem był coraz bardziej aktywny. Przesyłał fragmenty wierszy i swoje zdjęcia.

     Początkowo traktowała jego zachowanie jako wyskok platonicznie zakochanego faceta.

Uciążliwego, ale raczej niegroźnego. Czuła się jednak coraz bardziej nieswojo, kiedy mężczyzna pisał np. w co była dziś ubrana. Wszystko wskazywało na to, że ją śledzi. Po raz pierwszy przestraszyła się w grudniu 2007 roku. Piotr S. napisał wtedy: „Nie musisz ze mną rozmawiać, wystarczy, że będziesz mnie kochać”. Miarka przebrała się, kiedy kilka dni później przysłał kobiecie kajdanki z pytaniem: „Czy to kolejny rok, jak chce mnie pani zobaczyć skutego?”. Przerażona kobieta zgłosiła się do policji. Sprawa trafiła do sądu grodzkiego.

Mężczyzna został oskarżony o uciążliwe nękanie. Piotra S. zdziwiło takie sformułowanie, bo jak można zakochanie nazwać nękaniem?

Zakochałem się, nie znając tej pani i nie widzę z mojej strony żadnego złośliwego zachowania (…). Usłyszałem jej głos w telewizji, to było we wrześniu 2006 roku, przez jakiś tydzień chodziłem szczęśliwy. W poniedziałek zadzwoniłem do niej. Nie było jej. Miała być we wtorek, nie spotkałem jej. Napisałem w środę pierwszego maila, odpowiedziała sympatycznie, ale niezobowiązująco. W grudniu 2006 roku napisałem do niej maila, powiedziała, że zawiadomi policję, jak będę do niej pisał (…). 8 października 2007 roku byłem w telewizji. Przestraszyłem ją. Wcześniej w czerwcu wysyłałem jej jakieś kwiaty. Ona nawiązała w prognozie pogody do tych samych kwiatów, czyli chciała nawiązać ze mną kontakt i w ten sposób dała mi znak, że myśli o mnie. Tak, wysłałem jej kajdanki. To był żart – tłumaczył przed sądem Piotr S.

Sąd skazał mężczyznę na karę nagany.

Wyrok nie zdążył się jeszcze uprawomocnić, kiedy Piotr S. zadzwonił do dziennikarki. Co gorsza, udało mu się uzyskać numer jej służbowej komórki. Liczba wysyłanych przez niego wiadomości idzie w setki. Zmiana numeru telefonu pomagała tylko na chwilę. Było widać, że Piotr miewał zmienne nastroje, raz czule pisał: „Myszko, układasz się do snu?”. Innym razem nie szczędził wulgaryzmów. Dodatkowo na swoim profilu na facebooku zaczął zamieszczać zdjęcia kobiety nazywając ją np. Myszką, Żabcią i sugerował, że są parą.

Kolejna sprawa w sądzie. Zlecono nawet badania psychiatryczne. Biegły, streszczający punkt widzenia Piotra S.: „Co do znajomości z pokrzywdzoną wie, że była ona zainteresowana jego osobą, dawała mu to odczuć, następnie jednak nie wie w co pogrywała, bo zamiast otworzyć mu drzwi, otwierała okno i się śmiała. Jego zdaniem pokrzywdzona w swoich programach telewizyjnych nawiązywała do maili obwinionego. Jeśli w swoim mailu zapytał, czy ma prawo jazdy, niebawem zapowiadając program siedziała za kierownicą samochodu”.

Biegły w podsumowaniu oznajmił, że są przesłanki do wnioskowania o poczytalność. Dziennikarka słysząc, jak pokrętnie było interpretowane jej zachowanie, oniemiała. Uświadomiła sobie, że ma do czynienia z szaleńcem.

Sąd umorzył postępowanie…

Rzecz działa się w czasie, kiedy uporczywe nękanie traktowane było jedynie jako wykroczenie (przestępstwem stało się w Polsce dopiero w 2011 roku). Piotr S. czuł się bezkarny. Nadal śledził kobietę, wydzwaniał, pisał wiadomości. Niepokoił także jej rodziców i współpracowników (chciał znaleźć pracę w telewizji, aby być bliżej swojej Myszki).

     Dziennikarka przez ponad 6 lat borykała się z psychofanem.

W tym czasie wyprowadziła się do innego miasta, związała się z pewnym mężczyzną, który także otrzymywał wiadomości od Piotra. Najczęściej były to pogróżki. Stalker nie odpuszczał nawet wtedy, gdy kobieta była w ciąży. Przeraziła się, kiedy po porodzie zamieścił na swoim profilu facebookowym, że właśnie urodził mu się syn…

Okazało się, że nękanie dziennikarki to nie są jedyne sprawy jakie toczyły się w sądzie przeciwko Piotrowi S. Wszystkie jednak były z artykułu 107 kodeksu wykroczeń (dokuczanie i złośliwe niepokojenie). Na mężczyznę skarżyli się także sąsiedzi (walił w ściany ich mieszkań, dzwonił nocami, pluł na szybę samochodu, wyrywał lusterka albo spuszczał powietrze z kół). Wszędzie umarzano postępowanie ze względu na stwierdzoną przez biegłego niepoczytalność.

Wreszcie w 2014 roku, Piotr S. decyzją sądu miał być skierowany na przymusowe leczenie w zakładzie psychiatrycznym. Jednak jeszcze na początku 2015 roku mężczyzna był na wolności, ponieważ sąd wciąż nie wydał decyzji, w którym ośrodku ma być leczony! Tymczasem Piotr S., mimo prawomocnego postanowienia, nadal dręczył swoją ofiarę. Kobieta skarżyła się, że z komentarza jej wpisu na blogu wynikało, że znowu wie, gdzie zamieszkała.

 

Kiedy dziennikarka zaczęła w mediach opowiadać o swoim problemie, zaczęły zgłaszać się do niej inne ofiary stalkingu. Okazało się, że nie trzeba być znaną panią z telewizora, aby mieć podobne, albo jeszcze większe kłopoty.

Anna Pacuła

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze