Jakie było zagrożenie karami za złodziejstwo, to wiadomo dokładnie, bo „Kodeks karzący” z 1818 roku – jak nazwano pierwszą naszą kodyfikację karną – poświęcał dużo uwagi temu przestępstwu; z tego też można wnosić, że musiało być bardzo dokuczliwe.

Kodeks ów przewidywał za kradzieże „gwałtowne” (włamania) lub dokonane w bandzie – więzienie warowne i roboty publiczne z przykuciem do taczek w ubiorze „ohydnym”, czyli hańbiącym, więziennym. W przypadku pięciokrotnej recydywy – groziła szubienica. Skazaniec podczas czwartej kary więzienia warownego – stanowił kodeks – ma mieć „na plecach odzieży przyszytą tablicę odmiennego koloru z liczbą 4 i nosić powróz na szyi do ubioru przyszyty, jako znak, że za dopuszczeniem się raz zbrodni śmierć go czeka”.

Do dobrego tonu w przestępczym świecie należało drwić sobie z kary śmierci czyli „giemzy”. Szubienicę nazywali więc „krawatką”, „ciocią”, a śmierć na „dyndówce” określali „otrzepaniem pantofli”. Z opisów niewielu egzekucji, które znaleźć można w tych latach na łamach gazet wynika, że na takich chwatów, którzy do końca zachowywali się dzielnie, publiczność patrzyła z podziwem; imponowali oni nawet dziennikarzom opisującym takie wydarzenia. Delikwenci ci bez wątpienia bali się, jak wszyscy normalni ludzie, a tylko złodziejski kodeks kazał im do końca „trzymać fason” i nadrabiać miną…

Pod rządem „Kodeksu karzącego” złodziei chłostano, jak w poprzednim okresie, a także piętnowano rozpalonym żelazem, by rozpoznać recydywistów. Gdy dyskutowano nad projektem kodeksu, Stanisław Staszic wyraził pogląd, że nie powinno się wypalać liter PW (Polska, Warszawa) na ramionach skazańca, ale je tatuować specjalnym tuszem. Ten humanitarny głos przeszedł jednak bez echa, bo chodziło także o sprawienie bólu „szkodliwym ludziom”. Chłosty i  piętnowania zaniechano w Królestwie Polskim dopiero we wrześniu 1864 roku na podstawie ukazu carskiego, który wcześniej zniósł te kary w Cesarstwie Rosyjskim.

Zaliczający się do złodziejskiej ferajny chojracy – śmiałkowie, którzy cenili swój „zawodowy honor” – często uciekali z Prochowni, w którym to więzieniu odbywali karę. Czasem gromadnie rzucali się do ucieczki i mimo strzałów strażników niektórym udawało się zbiec. W pojedynczych przypadkach ucieczka następowała pewnie z przymknięciem oczu przez przekupionych strażników, pilnujących skazańców podczas prac wykonywanych na mieście, takich jak rąbanie drzewa lub brukowanie dróg.

Stanisław Milewski

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze