Wiosną 1962 roku Polskie Linie Lotnicze LOT uruchomiły nowe połączenia do Amsterdamu, Rzymu i Kairu. Do ich obsługi potrzebowały nowych samolotów, tym bardziej że pasażerowie z Zachodu nie chcieli latać posiadanymi przez nas radzieckimi Iłami. Na stanie były, co prawda, stare Convairy, ale wstyd było je wysyłać w świat. Jak na zamówienie pojawiła się okazja: British United Airlines wystawiły na sprzedaż 3 Vickersy Viscounty 804, które przez 5 lat obsługiwały brytyjskie linie krajowe.

Były to nowoczesne maszyny, wyposażone w 4 turbośmigłowe silniki Rolls-Royce’a. Zabierały na pokład 56 pasażerów, zużywały mało paliwa i latały dwukrotnie szybciej niż radzieckie Ił-14 i Li-2 (podstawowe samoloty w polskich liniach). Szybko doszło do transakcji. Samoloty miały przylecieć do Polski już w grudniu 1962 roku. Zachwytom nie było końca, tym bardziej że sprzedawcy zgodzili się nawet wymienić tapicerkę foteli, by pasowała do barw LOT-u. Pojawił się tylko jeden problem – radar. Ten, w który wyposażono Vickersy, był już przestarzały, a nowego nie mogliśmy kupić (kraje komunistyczne były objęte embargiem na zakup na Zachodzie nowych technologii). Na jego zamontowanie Brytyjczycy musieli otrzymać zgodę Amerykanów, co wymagało czasu. Co najważniejsze, trzeba było jeszcze przeszkolić pilotów. We wrześniu 1962 roku grupa 15 polskich pilotów (większość była „milionerami lotnictwa”) wyjechała do Wielkiej Brytanii na specjalistyczne szkolenie. Viscount był nieporównanie bardziej skomplikowany niż maszyny, na których latano dotychczas. Jednak polscy piloci okazali się dobrymi uczniami. Brytyjczycy byli zachwyceni kapitanem Mieczysławem Rzepeckim.

W pierwszych dniach listopada 1962 roku do Wielkiej Brytanii przyjechał dyrektor techniczny LOT-u, aby uzgodnić ostatnie szczegóły dotyczące odbioru samolotów. Tymczasem okazało się, że piloci muszą koniecznie przejść ostatni etap szkolenia (samodzielne loty na swoich liniach pod okiem instruktora). Dyrektor odmówił. Anglicy zaproponowali, że za darmo wyślą trenera do Polski. Pomysł nie zyskał aprobaty.

W rezultacie przedstawiciele British United Airlines odmówili podpisania licencji uprawniających Polaków do samodzielnego pilotowania Viscountów. Jednak nie mogli wstrzymać ich wydania. Dyrekcja LOT-u wybrnęła z trudnej sytuacji, podejmując decyzję, że nasze załogi początkowo będą latać w trójkę.

Pozostał jeszcze problem radarów. Była już zgoda na ich sprzedaż, ale LOT musiał dopłacić. Dyrektor techniczny uznał jednak, że bez nich też można latać, bo na starszych typach samolotów ich nie było. 6 listopada pierwszy Viscount wylądował na Okęciu.

19 grudnia 1962 roku Visconut o rejestracji SP-LVB wykonywał powrotny lot rejsowy z Brukseli do Warszawy z międzylądowaniem w Berlinie. W Brukseli zabrał na pokład 5 pasażerów, a w Berlinie 23 osoby. Lot odbywał się zgodnie z planem. Tego dnia pogoda w Warszawie nie była najlepsza, ale dla pilotów nie był to problem. Nie raz dowodzili swoich umiejętności w gorszych warunkach. Samolot miał wylądować na Okęciu o godzinie 19.35. Na długo przed tym personel wieży kapitanatu portu nawiązał łączność z załogą. Wszystkie meldunki odbierane od kapitana brzmiały normalnie. Załoga miała jednak problem z podejściem. Za pierwszym razem samolot był za wysoko i musiał odejść na drugi krąg. Mimo to nic nie zapowiadało jakiegokolwiek niebezpieczeństwa. Podczas podejścia do lądowania, o godzinie 19.30, załoga – znajdując się na pułapie 60-70 metrów – otrzymała pozwolenie na lądowanie. Maszyna obniżyła lot, zapaliły się reflektory samolotu… Zaledwie 46 sekund później rozbił się i doszczętnie spłonął – 1335 metrów od progu pasa 33, na którym miał wylądować.

 

Świadkowie mówili, że najpierw zauważyli niewielki błysk, równocześnie usłyszeli potężny huk. Buchnęły płomienie ognia. Natychmiast na miejscu pojawiły się wozy straży pożarnej i karetki pogotowia. Niestety, na pomoc było za późno…

Na pokładzie znajdowały się 33 osoby (w tym 5-osobowa załoga). Wszyscy zginęli na miejscu. Wśród nich był inżynier Fryderyk Bluemke, konstruktor silnika Syreny.

Specjalna komisja, a dokładnie Główna Komisja Badania Wypadków Lotniczych Ministerstwa Komunikacji pod przewodnictwem wiceministra komunikacji Jana Rusteckiego, badała przyczyny wypadku i ustalała listę ofiar. Zajęła się także zorganizowaniem pomocy dla rodzin ofiar katastrofy.

Stwierdzono, że w chwili katastrofy samolot był już skonfigurowany do lądowania: z wysuniętymi klapami na skrzydłach i opuszczonym podwoziem. Ustalono także, iż nie doszło do żadnej eksplozji w powietrzu, a wszystkie uszkodzenia powstały w chwili uderzenia o ziemię. Dla pilotów to nie był ich pierwszy lot za sterami Visconuta.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze