Jako jedną z możliwych przyczyn nagłej utraty prędkości samolotu przed lądowaniem, co skutkowało jego przeciągnięciem, wskazano wyposażenie samolotu w silniki turbośmigłowe, które nabierając prędkości, na kilka sekund zmieniały kąt łopat śmigieł. Z tego względu niezalecane było gwałtowne zwiększanie mocy takich silników. Prawdopodobnie taki właśnie manewr wykonał kapitan Mieczysław Rzepecki, przyzwyczajony do latania na samolotach wyposażonych w silniki tłokowe (tam to jest dopuszczalne).

Niebawem podano oficjalne przyczyny katastrofy. Po pierwsze – błędy załogi. Po drugie – wady systemu przygotowania załogi do lotu i kierowania działalnością lotniczą.

Załoga doprowadziła na małej wysokości do utraty prędkości i zakłóceń stateczności podłużnej. W wyniku popełnionych przez załogę błędów samolot zderzył się z ziemią przed progiem drogi startowej, ulegając całkowitemu zniszczeniu. Istnieje domniemanie, że tego tragicznego dnia jedna z dwóch radiolatarni NDB nie działała, o czym załoga samolotu nie wiedziała. Tłumaczono, że samolot od niedawna latał w Polskich Liniach Lotniczych (na koncie miał zaledwie 84 godziny).

Władze miały spory problem. Jak wybrnąć z niezręczności, skoro zaledwie kilka dni wcześniej wszystkie gazety pisały o nowych, fantastycznych samolotach na stanie LOT-u. Tymczasem jeden  z nich się rozbił. A do tego za sterami siedział doświadczony kapitan, Mieczysław Rzepecki. Ten sam, który wyróżniał się na kursie w Wielkiej Brytanii. Całą winą za wypadek obciążono kapitana. Czy rzeczywiście zwyciężył odruch z samolotów tłokowych, na których Rzepecki wylatał dwa i pół miliona kilometrów? O zepsutych radiolatarniach, braku systemu ILS i rezygnacji z ostatniego etapu szkolenia nawet nie wspomniano. Skutki wypadku starano się zatuszować. Sprowadzono z Anglii instruktora, kapitana Coetsa, który od razu zaczął latać z polskimi załogami.

 

Anna Jagodzińska

< 1 2

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze

[fbcomments]