Trzyosobowa załoga (pilot, nawigator i strzelec) wsiadła do samolotu bombowego Ił-28 i wystartowała z lotniska w Powidzu o godzinie 11. To był lot ćwiczebny. Początkowo wszystko przebiegało bez zastrzeżeń. Po trzech minutach i sześciu sekundach od ostatniego kontaktu samolot uderzył w ziemię. Czas katastrofy określono na 11:55:36. Nikt nie przeżył.

Do rodzin pilotów docierały szczątkowe informacje. Nikt nawet nie poinformował ich o dokładnym miejscu zdarzenia. W ogóle o tej sprawie mówiło się bardzo niewiele, a w prasie nie pojawiła się nawet krótka wzmianka.

Ostatecznie katastrofę zakwalifikowano jako niewyjaśnioną. Podano dwie możliwe przyczyny tragedii. Jedna z nich zakładała, że pilot Jan Grymuza przy zbyt dużej prędkości wychylił klapy do lądowania, co doprowadziło do niekontrolowanego nurkowania maszyny. Według drugiej, pilot stracił przytomność podczas zniżania do lądowania. W trakcie badań komisja uznała, że mogło dojść do oderwania kabiny, w wyniku czego nastąpiła dehermetyzacja. Spadło ciśnienie, co skutkowało właśnie utratą świadomości. Komisja Badania Wypadków Lotniczych w swoich raportach nie przesądzała, że winnym wypadku był pilot, tak jak utrzymywano przez lata. Tym bardziej, że podobno Ił-28 miał być w dobrym stanie technicznym (rok wcześniej przeszedł w Związku Radzieckim gruntowny remont). W ewentualną winę pilota do dzisiaj nie wierzą jego bliscy. Grymuza był doskonałym pilotem. To miał być jego ostatni lot w jednostce w Powidzu. Razem z rodziną miał załatwione przeniesienie do Warszawy (przydział na mieszkanie już czekał). Miał pracować w specpułku i latać z VIP-ami.

Po wielu latach, grupa pasjonatów historii ustaliła, gdzie doszło do tragedii. W 2015 roku odsłonięto tam pamiątkowy kamień. Szczegóły tragedii do dzisiaj nie są jasne.

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze