Richard Caldwell jest bardzo zamożnym menedżerem od czterech lat przebywającym w Polsce, ponieważ kieruje tu oddziałem dużego zagranicznego banku. Wynajmuje luksusowy, sześciopokojowy apartament na warszawskich Kabatach.

Niemal cały swój wolny od obowiązków służbowych czas, pan Caldwell poświęca swemu ukochanemu hobby: jest zapalonym kolekcjonerem cennych znaczków pocztowych. Wśród warszawskich profesjonalnych filatelistów, jest znany z posiadania bardzo cennego zbioru, w którym najdroższym okazem jest wydany przez pocztę USA w 1918 roku, znaczek nazywany „Invertet Curtis Jenny”. Na wypadek kradzieży pan Caldwell ubezpieczył cenną kolekcję na pięć milionów złotych. Zanim przedstawiciele znanego towarzystwa asekuracyjnego wystawili mu odpowiednią polisę ubezpieczeniową, poprosili ekspertów z dziedziny filatelistyki, by sprawdzili autentyczność znaczka, ponieważ w obiegu jest sporo podróbek i dodruków. Na koniec skontrolowali sposób zabezpieczenia mieszkania pana Caldwella przed włamaniem. Wynik lustracji zabezpieczeń wypadł pomyślnie, gdyż inspektorzy ubezpieczeniowi stwierdzili, że mieszkanie usytuowane na pierwszym piętrze, jest zaopatrzone w podwójne stalowe drzwi z solidnymi czterema atestowanymi zamkami i blokadami antywłamaniowymi. Natomiast wszystkie okna w sześciu pokojach, łazience i kuchni były zabezpieczone od wewnątrz grubymi stalowymi kratami, zamykanymi wysokiej jakości certyfikowanymi izraelskimi zamkami. Ponadto w mieszkaniu zainstalowano nowoczesny system alarmowy, połączony z dyżurką ochrony, czuwającą tuż przy wejściu do apartamentowca.

Dlatego bez większych problemów polisa ubezpieczeniowa została wystawiona przez towarzystwo asekuracyjne, zaś pan Caldwell wniósł stosowną opłatę, której wysokość zapewne przyprawiłaby o zawrót głowy prawie każdego z nas.

Z początkiem lipca, żona pana Caldwella wraz z kilkunastoletnią córką postanowiła wyjechać na dwutygodniowy urlop do Hiszpanii, zaś jej małżonek zobligowany obowiązkami służbowymi musiał zostać w Warszawie, obiecując jej solennie,  że w sierpniu z pewnością spędzą razem urlop na karaibskiej wyspie Barbados. Niestety, tydzień po wyjeździe żony, nieznany sprawca (sprawcy) włamał się do mieszkania państwa Caldwell i skradł wszystkie klasery ze znaczkami, nie ruszając innych cennych przedmiotów.

Oto zeznanie Richarda Caldwella, złożone w Komendzie Stołecznej Policji komisarzowi Zadorze, prowadzącemu dochodzenie w tej sprawie.

– Moje mieszkanie składa się z sześciu pokoi, łazienki i kuchni. W każdym z tych pomieszczeń jest okno i każde z nich jest zabezpieczone solidną kratą zainstalowaną od wewnątrz i zamykaną na dobry patentowy zagraniczny zamek. Pech chciał, że wczorajszego wieczora, w chwili gdy opuszczałem kratę w oknie salonu, zadzwonił telefon. Telefonował mężczyzna podający się za szefa zespołu ochroniarzy, strzegących siedziby mojego banku. Zdenerwowanym głosem powiadomił mnie, że w jednym z pomieszczeń firmy wybuchł pożar, że straż pożarna już jedzie, a on z oczywistego obowiązku, niniejszym zawiadamia prezesa, czyli mnie. Zdenerwowany i zaskoczony tą wiadomością, wyskoczyłem natychmiast z domu, zapominając zamknąć na klucz blokadę kraty. Kiedy podjechałem pod siedzibę mojego banku okazało się, że żadnego pożaru nie było, nikt z ochroniarzy do mnie nie dzwonił, zaś ten telefon był wybrykiem jakiegoś dowcipnisia. Dopiero po powrocie do domu zrozumiałem, że nie był to głupi kawał, lecz skuteczny sposób na wywabienie mnie z domu i to w taki chytry sposób, abym w zdenerwowaniu i pośpiechu pozostawił niezablokowaną kratę w oknie. Widocznie złodzieje od dłuższego czasu obserwowali mnie i tylko czyhali na taką okazję. Pragnę jednak stanowczo zaznaczyć, że wszystkie pozostałe kraty w oknach były opuszczone i z pewnością zamknięte na klucz, który miałem przy sobie.

Po tym alarmistycznym telefonie o pożarze, mimo zdenerwowania, obawy i pośpiechu, wychodząc z domu z całą pewnością włączyłem alarm i starannie zamknąłem dwoje stalowych drzwi wejściowych, przekręcając dwukrotnie klucz w każdym z czterech zamków. Kiedy po dwóch godzinach wróciłem do domu, z przerażeniem stwierdziłem, że drzwi były otwarte. Dokładniej rzecz ujmując, otwarte były wszystkie cztery zamki, a jestem absolutnie pewien, że zamykałem je kluczami. Zdenerwowany w najwyższym stopniu, natychmiast pobiegłem do mego gabinetu, gdzie w szufladzie biurka przechowywałem trzy klasery z moimi znaczkami. Szuflada była pusta! Zacząłem nerwowo rozglądać się po mieszkaniu aby sprawdzić, co jeszcze zginęło, ale wszystkie inne cenne przedmioty były na swoim miejscu. Wtedy zrozumiałem, że włamywacze byli profesjonalistami działającymi na zlecenie i przyszli tylko po moje znaczki. Trzęsącymi się rękami złapałem za telefon i zadzwoniłem na policję. Po piętnastu minutach zjawili się dwaj funkcjonariusze, którzy stwierdzili, że złodzieje weszli do mieszkania przez okno w salonie, uprzednio wyciąwszy diamentem kawałek szyby aby móc wsadzić rękę, podnieść kratę i otworzyć klamkę okna. Stwierdzili również, że system alarmowy nie działał z powodu celowego uszkodzenia. Wraz z cennym łupem włamywacze nie musieli już uciekać przez okno, lecz wyszli z mieszkania po prostu przez drzwi. Dlatego zastałem je otwarte. Funkcjonariusze wypytywali moich sąsiadów, lecz nikt niczego nie słyszał ani nikogo podejrzanego nie widział. Szczęście w nieszczęściu, że moja kolekcja była ubezpieczona…

Wysłuchawszy relacji poszkodowanego, komisarz Zadora z Komendy Stołecznej Policji prowadzący dochodzenie w tej sprawie, postanowił osobiście udać się do mieszkania prezesa Caldwella, celem przeprowadzenia wizji lokalnej. Oglądając całe mieszkanie, a głównie pechowe okno w salonie i system alarmowy stwierdził, że stan faktyczny zgadza się z relacją poszkodowanego, jak również z protokołem sporządzonym na miejscu zdarzenia, jeszcze w nocy przez dwóch funkcjonariuszy. Badając zabezpieczenia drzwi wejściowych przekonał się, że dwoje drzwi stalowych jest zaopatrzonych w cztery zamki po dwa na każde drzwi. Wykonane wcześniej specjalistyczne badanie mechanoskopijne potwierdziło, że nikt nie próbował demontować zamków z drzwi, ani otwierać zamków wytrychami. Ekspert dokonujący tych badań, na zakończenie swego pisemnego oświadczenia stwierdził, że włamywacze z reguły nawet nie próbują otwierać zamków marki Abloy i Gerda-Tytan za pomocą złodziejskich narzędzi i wytrychów, gdyż takie próby są z góry skazane na niepowodzenie. A takie właśnie zamki zostały zainstalowane na drzwiach mieszkania poszkodowanego Caldwella. Jeśli włamywacze mają taką możliwość, to raczej usiłują wyważyć drzwi razem z futryną.

– Nie wiem, czy uda nam się odzyskać pańskie cenne znaczki, bo zapewne skradziono je na czyjeś prywatne zamówienie. Być może przez długie lata nie zostaną wystawione na sprzedaż, gdyż będą cieszyć oko w ukryciu jakiegoś anonimowego kolekcjonera. Jednak muszę pana zapewnić – jeśli to będzie jakiekolwiek pocieszenie dla pana – że zostały zawiadomione o kradzieży wszystkie nasze placówki Straży Granicznej oraz Zarząd Główny Polskiego Związku Filatelistów. Jeśli tylko złodzieje spróbują wywieźć z kraju lub spieniężyć jakiś cenny znaczek z pańskiej kolekcji, my pierwsi będziemy o tym wiedzieć…

To mówiąc, komisarz Zadora wyszedł z mieszkania Caldwella, wsiadł do radiowozu i wrócił do komendy.

Popijając gorącą kawę podaną mu przez sekretarkę,  stołeczny dochodzeniowiec ciągle nie mógł się oprzeć wrażeniu, że coś przeoczył w tej sprawie. Nagle z rozmachem odstawił filiżankę z kawą, mnąc w ustach soczyste przekleństwo. – Że też wcześniej nie przyszło mi to do głowy! Pani Beato! – zakrzyknął do sekretarki. – Natychmiast proszę polecić dyżurnemu aby zaraz podstawił radiowóz z dwoma mundurowymi. Niech wezmą ze sobą kajdanki! Jadę zatrzymać tego cwaniaczka, Richarda Caldwella! – Widząc zdumienie na twarzy swej sekretarki, spokojniejszym już tonem wyjaśnił: – Nie było żadnego włamania! To on sam zainscenizował kradzież!

Dlaczego Zadora oskarżył Caldwella?

Rozwiązanie zagadki kryminalnej na kolejnej stronie.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze