– Kazali mi się do tylu zabójstw przyznawać. Tyle terminów mi nawbijali … Zrobili ze mnie idiotę, jak to, brzydko mówiąc. Przyznawałem się, … przyznałem się do takiej dużej ilości zabójstw, których nie popełniłem nawet. – Nie ruszałem, … nie zabiłem … , nawet nie znam tych pozostałych ofiar. Znam tylko z akt śledztwa. Policja mnie tylko szantażowała. Straszyła mnie, że jak się nie przyznam to zaszkodzą mi, że na wyrok źle wpłynie mój … że karę śmierci będą krzyczeć na mnie, żądać będą: policja … prokurator – powiedział kilka lat później w wywiadzie z Edwardem Miszczakiem w programie „Cela nr”.

Obrońcy oskarżonego w wystąpieniach końcowych podkreślali, że proces od początku miał charakter czysto poszlakowy i z wielką ostrożnością trzeba traktować wszelkie dowody zebrane w tej sprawie. Wątpliwości, ich zdaniem, jest tyle, że z całą odpowiedzialnością można żądać uniewinnienia oskarżonego.

Brak niezbitych dowodów sprawił jednak, że skazano go za „tylko” jedno morderstwo – nieletniej Sylwii R.  W grudniu 1996 roku Leszek P. usłyszał wyrok: 25 lat więzienia oraz pozbawienie praw publicznych na 10 lat. Sąd i uniewinnił z 19 pozostałych zarzutów: 16 zabójstw, dwóch gwałtów i uprowadzenia dziecka. Sędzia uzasadniając orzeczenie podkreślił .in. że oskarżony podawał zbyt wiele szczegółów, których „normalny” człowiek nie jest w stanie zapamiętać.

Wydany w tej sprawie wyrok trzeba uznać za porażkę organów ścigania. Słupska Temida uznała, że niemal wszystkie dowody przeciwko Leszkowi P. zostały sfabrykowane w nieudolny sposób. Proces przed sądem pierwszej instancji wykazał nierzetelność policji w prowadzeniu śledztwa, kruchość dowodów z wizji lokalnych, liczne sprzeczności w zeznaniach świadków. Wiele dowodów w tej sprawie przepadło z winy osób nieudolnie prowadzących śledztwo, np. dotykali oni bez zabezpieczenia przedmiotów, które były dowodami w sprawie – nawet narzędzi zbrodni – niszcząc tym samym zapis linii papilarnych i ślady DNA.

 

Zapadł wyrok, pozostały znaki zapytania

Śledztwo, proces, wreszcie wyrok na „wampira z Bytowa” do dzisiaj budzą wiele kontrowersji. Przede wszystkim nie wiadomo, czy w tym konkretnym przypadku można w ogóle mówić o jakimkolwiek wampirze. Czy Leszek P. rzeczywiście dopuścił się kilkunastu, a może nawet kilkudziesięciu zabójstw i tym samym jest bodaj największym polskim zbrodniarzem. Może jednak padł ofiarą policji, która dla poprawy statystyk wykrywalności przestępstw próbowała wrobić go w niewyjaśnione zabójstwa z terenu całej Polski.

Człowiek o umyśle dziecka, który łatwo dawał się przekupić kanapkami, słodyczami i papierosami,  przyznawał się do morderstw nawet takich, w które sama prokuratura nie wierzyła bo musiałby przemieszczać się z prędkością światła po kraju – żeby wszystkich dokonać

Gdyby przyjąć hipotezę, że Leszek P. rzeczywiście był sprawcą co najmniej kilkunastu morderstw to trzeba przyznać… że  nie był zbyt wyrafinowanym przestępcą. Nie przygotowywał się do popełniania kolejnych zbrodni, nie zacierał śladów, ofiarami były osoby przypadkowe, które znalazły się w nieodpowiednim miejscu i w nieodpowiednim czasie,  często działał w sposób chaotyczny i nieprzemyślany.

Trudno powiedzieć, które z opowieści oskarżonego były prawdziwe, które zaś – jedynie wytworem jego wyobraźni. Jeśli dać wiarę zapewnieniom „wampira”, że wymyślił wszystkie samooskarżenia to można się tylko zastanawiać, bo co mu to było? Na tak postawione pytania stosunkowo szybko można znaleźć odpowiedź. Leszek P. przez całe życie doświadczył wielu upokorzeń, wyzwisk i drwin. Nagle znalazł się w centrum zainteresowania nie tylko organów ścigania, ale również opinii publicznej.

Nikt nie wierzył aby Leszek P. mógł być sprawcą przestępstw o takiej randze – opowiadał przed kamerami skazaniec z celi, w której siedział Leszek P. – Przypuszczam, że stąd wzięło się to, że P. chodził sobie tutaj raczej wolny. Nie prześladowano go tak jak prześladowano by kogoś innego, co do którego wiadomo było by, że on dopuścił się tych przestępstw. On sprawiał wrażenie ofiary. W latach 90. Niekiedy panowała jeszcze zasada : dajcie mi człowieka a artykuł, paragraf już się na niego znajdzie. Leszek P. bardzo pasował do tej zasady.

Czy w ogóle jest możliwe by ten opętany nieopanowanym pociągiem seksualnym młody mieszkaniec pomorskiej wsi był największym zabójcą powojennej Polski. Patrząc na zdjęcia tego lekko opóźnionego w rozwoju niepozornego, budzącego wręcz niechęć swoim wyglądem… nie sposób jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Pewnie dlatego jeszcze przez długie lata będzie on największą zagadką polskiej kryminalistyki. Nikt nie wie, ile ludzi naprawdę zamordował bo – mimo upływu lat – żadna z przypisywanych mu zbrodni nie została wyjaśniona.

Spotykał się z dziennikarzami, na swój sposób stał się sławny. Był „kimś”. Kiedy nabrał pewności, że na pewno nie będzie skazany na karę śmierci, zaczął przyznawać się do wielu zabójstw bo miał w tym swój interes. Wywiady urozmaicały monotonię życia za kratami, dziennikarze przywozili mu papierosy, słodycze, cytrusy. Chciał jak najlepiej wykorzystać swoje pięć minut, bo przecież taka okazja mogła się już nigdy więcej nie nadarzyć. był sławny, był wreszcie „kimś”. To było uczucie jakiego jeszcze nigdy nie zaznał w swoim życiu.

Z pewnością poważnym błędem śledczych było dopuszczenie do sytuacji, w której osadzony w areszcie Leszek P. miał codzienny kontakt  z wielokrotnymi recydywistami. To najprawdopodobniej oni nauczyli go więziennego życia i podsunęli pomysł inkasowania pieniędzy za wywiady i wprowadzania zamętu w śledztwie: składania fałszywych wyjaśnień, zmyślania, mataczenia. Koledzy prawdopodobnie dawali mu „dobre” rady: jeśli chce coś „ugrać”” musi wyprowadzić śledczych w pole… Jak pokazało życie bardzo szybko się tego nauczył.

 

Roman Bartosiak

< 1 2 3 4 5

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze

[fbcomments]