Ze względu na zbyt niską liczbę policjantów pilnujących ruchu pojazdów na ulicach Warszawy sięgnięto do oficerów. Policjanci kierujący ruchem na ruchliwych skrzyżowaniach ulic działali już w latach sześćdziesiątych XIX wieku; carski oberpolicmajster skarżył się wtedy w gazetach, że pędzący z dużą szybkością stangreci najeżdżają na pieszych i ich kaleczą.

Policjanci z „drogówki”, jak napisalibyśmy dzisiaj, pełnili swą służbę i w latach następnych, chociaż w prasie trudno znaleźć potwierdzenie tego faktu. Po pierwszej wojnie światowej jedna z gazet („Naród” 192l, nr 78 wyd. popoł.) pisała o nieporadności policji drogowej w Warszawie, określając jej funkcjonariuszy jako „malowane lale”. Byli pewnie dość nieporadni, bo już parę miesięcy później ta sama gazeta doniosła o „skasowaniu policji samochodowej”.

Taki stan rzeczy musiał stwarzać wiele niedogodności i problemów, dlatego też w drugiej połowie 1925 roku Komisariat Rządu złożył w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych memoriał wskazujący na potrzebę stworzenia odrębnego „komisariatu policji ruchu kołowego”, odrębnej jednostki policyjnej. W następnym roku, 12 sierpnia, zwołano specjalną konferencję pod przewodnictwem ówczesnego ministra spraw wewnętrznych gen. Felicjana Sławoj-Składkowskiego, poświęconą sprawie „udziału policji w kierowaniu ruchem ulicznym”.

W drugiej połowie października 1926 roku „powstał przy rezerwie policji państwowej pluton złożony z 90 ludzi i 3 motocykli z koszami, który nosi nazwę policja ruchu”; pluton „ma na rękawie płaszcza specjalne znaki” – donosił „Kurier Warszawski”.

Gazeta poinformowała też o jego zadaniach: „kontrolowanie i regulowanie ruchu samochodów, dorożek i cyklistów na mieście, zwracanie uwagi na szybką jazdę co jest głównym powodem częstych wypadków. Pierwszą kontrolę przeprowadził kierownik ruchu drogowego p.0lechnowicz /Eugeniusz Olechnowicz, pierwszy naczelnik Urzędu Ruchu Kołowego Komisariatu Rządu na m.st. Warszawę; SM/ oraz inspektor p.Fuchs”. Stwierdzono, że wielu kierowców jeździło bez pozwoleń, a taksówki i dorożki konne są zabrudzone. Uznano, że specjalnej troski wymaga zbieg ulic Królewskiej, Mazowieckiej i placu Saskiego; tam przejście na drugą stronę było bardzo niebezpieczne – donosił „Kurier Warszawski” w 1926 roku (296).

W 1928 roku powołano lotną brygadę policji na motocyklach, która w dzień i w nocy kontrolowała ruch kołowy w promieniu 50 km od miasta.

Wyposażenie policji w motocykle z precyzyjnymi wskaźnikami szybkości, pomagało ustalać prędkość pojazdów jadących niezgodnie z przepisami i karać mandatami ich kierowców, bo dotąd robiono to „na oko”.

Oczywiście tą samą metodą posługiwali się funkcjonariusze piesi i dlatego specjalnie szkolono ich w tym względzie, podobnie jak oceny „na wyczucie” kierowców, którzy nadużyli alkoholu. Za taką jazdę odbierano prawo jazdy; w niektórych przypadkach także na zawsze. Kwestie te regulowały widocznie przepisy wewnętrzne policji, bo ogólnie obowiązujące ustawy o ruchu drogowym milczą w tym względzie, chociaż pozwolenia na prowadzenie samochodów odbierano już – zdaje się – od samego początku, gdy ktoś jechał po pijanemu. W gazetach można niekiedy znaleźć informacje na ten temat z lat dwudziestych.

Np. w 1926 roku „Głos Prawdy” zamieścił notatkę: „Albo – albo. Szofer musi wybrać albo wódkę, albo surową karę”. Na dowód przytoczono – podając personalia – kary wymierzone dwóm kierowcom. Jednemu Komisariat Rządu odebrał na stałe prawo jazdy za spowodowanie po pijanemu wypadku, drugiemu za zderzenie się w takim stanie ze słupem telegraficznym. Innemu odebrano prawo na pół roku za jazdę po pijanemu, a jeszcze innemu, również podchmielonemu, który jechał niezgodnie z przepisami i stawiał opór władzy – na miesiąc.

 

Stanisław Milewski

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze