Dennis Rader ubiegał się o godność prezesa rady parafialnej i bez trudu wygrał wybory. Z tych właśnie dni zapamiętał go Monty Davis, emerytowany fotoedytor „The Wichita Eagle”, aktywny w kościele Christ Lutheran Church.

Pewnego wieczoru Rader zatelefonował do niego z prośbą o głos w wyborach i od razu otrzymał przyrzeczenie poparcia. Monty Davis cenił sobie towarzystwo parafian takich jak Dennis – człowiek szczerze oddany wspólnej sprawie, co niedziela dumnie paradujący główną nawą, z wierną małżonką przy boku. Dennis zwracał na siebie uwagę starannie dobranym, eleganckim ubiorem: marynarka z dobrego tweedu, biała koszula z krawatem, nienagannie zaprasowane spodnie. W kościele było go wszędzie pełno: rozdawał gazetkę, był odpowiedzialny za system nagłośnienia, witał nowych członków kongregacji, nie szczędząc pomocy i rad. Jego żona Paula cieszyła się uznaniem wszystkich parafian, ze względu na jej talenty kucharskie, ujawniane podczas wspólnych kolacji. Troszczyła się o innych ludzi. Monty szczególnie lubił czuły i serdeczny sposób, w jaki rozmawiała z jego żoną i dziećmi. W jej głosie wyczuwało się szczere matczyne zainteresowanie. Dzięki takim ludziom Monty był dumny, że należy do tak wspaniałego kościoła. Tak, Dennis Rader zasłużył na głosy w wyborach na szefa rady parafialnej. Jego osoba dodawała otuchy, pomagała w wierze w Opatrzność, wzmagała siłę wiary w wartości moralne rodziny człowieczej.

W styczniu 2005 roku Paul Carlstedt całkiem bez grzesznego uczucia zawiści ustąpił Raderowi fotel szefa rady. W kościele Christ Lutheran jest to licząca się godność: przewodniczący kongregacji ustala kalendarz wydarzeń i prowadzi comiesięczne spotkania szefów wszystkich kółek kościelnych. Paul widział w Raderze zasłużonego przywódcę. Znał Dennisa i Paulę z licznych kontaktów towarzyskich; nigdy nie opuszczali organizowanych przez kongregację wypraw do hali bilardowej, meczów softballa i wspólnego oglądania meczów drużyny baseballowej Wichita Wranglers.

Zdaniem Paula, Rader prowadził godne, wspaniałe i spełnione życie: udana rodzina, poświęcenie wolnego czasu chłopcom w skautowskich mundurkach, kibicowanie drużynie footballowej Kansas State University. Nigdy nie widział Dennisa w złym humorze, rozdrażnionego, aroganckiego czy pyszałkowatego.

Gary Van Dusen cenił sobie Radera jako najlepszego sąsiada. Zawsze mógł z nim pogadać. Choćby tylko o pogodzie albo o małych, codziennych wydarzeniach w dzielnicy.

– Był najlepszym facetem na świecie – twierdził Gary nawet wówczas, gdy cała Ameryka w twarzy Dennisa Radera widziała twarz wampira.

Pewnego wieczoru Gary powiedział Dennisowi, że kupił tu dom, na spokojnym przedmieściu Park City tylko dlatego, by uciec z naładowanego przestępczością miasta Wichita.

– Masz rację, człowieku, tam jest upiornie – zgodził się Dennis Rader.

Sąsiadkę Deanę Harris atak duszności wywołany cukrzycą  zaskoczył w niedzielny poranek, o szóstej rano. Mąż był w pracy, a telefon odcięty. Wysłała jedenastoletnią córeczkę po pomoc do sąsiadów. Dziecko bez wahania nacisnęło dzwonek przy drzwiach frontowych domu Raderów, po drugiej stronie ulicy. Dennis i Paula szykowali się do kościoła. Dennis smażył coś na śniadanie. Dziewczynka wydzwoniła numer pogotowia.

Mam nadzieję, że mama będzie OK! – zawołał Rader, gdy wybiegła na ulicę.

 

Dziewczynka była w tym samym wieku, co Josephine, którą powiesił w piwnicy domu Otero w 1974 roku.

Dennis Rader starannie kreował swe drugie wcielenie. Pilnie strzegł tajemnic tego drugiego życia i nie dopuszczał do tego, by ludzie, na których tak bardzo mu zależało, choć na ułamek sekundy domyślali się prawdy. O całkowity kamuflaż nie dbał tylko wtedy, gdy w mundurze strażnika porządkowego dzielnicy Park City dokuczał mieszkańcom, wykazując się nie tylko postawą nadgorliwego służbisty, lecz także bezinteresownego sadysty. Potrafił czepiać się słabszych od siebie, przeważnie kobiet, o byle co, wykazywać swoją przewagę, pysznić władzą, zwierzętom zadawać śmierć i ból,  nakładać mandaty za wątpliwe przewinienia. Dał się na zawsze zapamiętać jako pewny siebie urzędnik, arogancki, niewrażliwy na cierpienia ludzi i zwierząt. Niektórzy dostrzegali wyraźnie, jak na dłoni, że zadawanie bólu sprawia mu przyjemność.  Ta kategoria ludzi nie zdziwiła się, że Dennis Rader okazał się zakamuflowanym BTK. Do dziś zarzucają sobie, że jego postępowanie nie zapaliło światełek ostrzegawczych w ich umysłach. Żałują, że nie pospieszyli jego tropem i nie przyczynili się do jego wcześniejszego ujęcia.

1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze