Po aresztowaniu BTK kobieta zdała sobie sprawę, że nie przypadkiem była celem jego zainteresowania, a morderca stosował wobec niej stałą inwigilację, podobnie jak to czynił ze swymi ofiarami. Pewnej nocy skojarzyła te wszystkie fakty i do rana nie zmrużyła oka.

Ofiarą podobnej natarczywości strażnika Dennisa Radera była Kimberly Comer, młoda kobieta samotnie wychowująca dwoje małych dzieci. Krótko po wprowadzeniu się pod nowy adres w Park City jej uwagę zwróciła mała czerwona półciężarówka z zaciemnionymi szybami, wyjątkowo często parkująca pod oknami. Zatelefonowała na policję dopiero po tym, gdy pewnego dnia mężczyzna w samochodzie opuścił szybę i wykonał kilka zdjęć Kimberly z dziećmi. Sądząc po reakcjach policjantów na drobiazgowe opisanie tych incydentów, oni doskonale wiedzieli, o kogo chodzi i zignorowali jej skargę.

Wtedy Dennis Rader przystąpił do akcji już nie z ukrycia lecz w pełni władzy strażnika miejskiego. Przez półtora roku, aż do dnia aresztowania, wręczał jej wezwania, ostrzeżenia i mandaty. Bez żadnych skrupułów narzucał się kobiecie, obserwował ją przez okna, wypytywał dzieci. Znów składała skargi na policję o narzucanie się w oczywistym celu. Policja nie chciała, czy nie potrafiła, zatrzymać nachalności Radera. On wiedział o jej skargach i po każdej z nich jeszcze bardziej uprzykrzał jej życie.

Te wszystkie fakty stanęły przed oczami Kimberly Comer, gdy w lutowy wieczór ujrzała w telewizji Dennisa Radera w roli BTK z kajdankami na rękach, zobaczyła jego dom, a na podjeździe znaną sobie doskonale czerwoną półciężarówkę z przydymionymi szybami. W kolejne wieczory słyszała opis ostatnich chwil życia jego ofiar i składała ręce do Boga, że nie stała się jedną z nich. Myślała też o swoich zignorowanych przez policję doniesieniach, zastanawiając się nad tym, jak wiele podobnych skarg na działalność strażnika miejskiego Dennisa Radera pozostało na taśmie pogotowia policyjnego. I nie dziwiło jej wcale, że BTK tak długo działał bezkarnie.

 

Uczucie niedosytu

Pierwszego marca 2005 roku Dennis Rader został postawiony w stan oskarżenia o popełnienie 10 zbrodni pierwszego stopnia. 27 czerwca, a więc cztery  miesiące po aresztowaniu, przyznał się do wszystkich zarzutów. Pod wpływem miażdżącego ciężaru dowodów, w tym DNA bezpośrednio wiążącego osobę BTK z ofiarami, postanowił uniknąć długiego procesu, którego rezultat był wyjątkowo łatwy do przewidzenia.

17 sierpnia 2005 roku BTK powrócił do sądu, by wysłuchać decyzji o wyroku. Zanim do tego doszło, sędzia Gregory Waller zażądał od mordercy dokładnego opisania przebiegu wszystkich  zbrodni. Obecni na sali w głuchej ciszy, przerywanej tylko szlochaniem postarzałych już krewnych i bliskich ofiar BTK, wysłuchali jego spokojnej, wręcz beznamiętnej relacji. Znów wszystkim stanęły przed oczami wydarzenia, które przez trzy dekady terroryzowały miasto Wichita.

 

BTK uniknął kary śmierci. Tylko dlatego, że stan Kansas nie stosował najwyższego wymiaru kary w okresie, gdy popełniał swe przestępstwa. Otrzymał natomiast wyrok 175 lat kary więzienia, jednoznaczny z dożywociem. Zanim za BTK zamknęła się brama więzienia stanowego, jego żona Paula rozwiodła się z nim w trybie przyspieszonym, a ich dom został sprzedany na aukcji.

Gdy za BTK zatrzasnęły się kraty, zamykając zarazem jedną z najdłuższych spraw w historii amerykańskiej kryminalistyki, detektywom brzmiały w uszach jego szczere słowa wypowiedziane zaraz po przyznaniu się do winy. Morderca wyraźnie dawał wtedy do zrozumienia, że czuje niedosyt:

– Czasem za długo prowadziłem rozpoznanie, wahałem się, czy już czas przystąpić do akcji. Czasem ta upatrzona osoba długo nie wracała do domu, a mnie nudziło ciągnące się oczekiwanie w zakamarkach podwórka. A potem przybywało lat, trochę się bałem jak wypadnę w fizycznej konfrontacji. W ten sposób wielu ludzi uniknęło śmierci. Tak, w tym mieście żyje wielu takich, którym się powiodło i mogą tylko mówić o szczęściu…

Tadeusz Wójciak

 

 

< 1 2 3

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze