W PGR-ze policzono wszystkie krowy i świnie oraz zabezpieczono dokumentację, aby dokładnie ustalić, ile zwierząt brakuje. Chodziło o to, aby zbadać, ile sztuk pracownicy PGR-u przeznaczyli na własne potrzeby, zamiast przekazać do punktu skupu.

Obecnie może się to wydawać dziwne, ale w tamtym okresie pracownicy PGR-u hodujący trzodę chlewną i bydło nie mogli dowolnie dysponować tym, co wyprodukowali. Dostawali tzw. deputat np. w postaci mleka, ziemniaków, a nawet węgla w sezonie grzewczym, ale mięso, przy jego chronicznym braku w sklepach, nie mogło być dowolnie rozdzielane. Zwierzęta musiały trafiać do państwowych przetwórni. Dlatego fakt samowolnego uboju natychmiast zakwalifikowano jako działalność na szkodę państwa, a potem doprecyzowano artykuły z Kodeksu karnego dotyczące kradzieży pracowniczej.

Osoby przesłuchiwane bardzo szybko przyznały, że zabite i rozebrane zostały cztery tuczniki: po 120 kg każdy, dwoje cieląt, jeden byk. To mięso podzielono między większość pracowników. I nie był to pierwszy przypadek! Przerażeni aresztowaniem i akcją milicji, pracownicy przyznali, że to już kolejny rok, kiedy zaopatrują się w ten sposób w mięso. Wszyscy jednak zgodnie twierdzili, że dyrekcja PGR-u o niczym nie wiedziała. Kolejne przesłuchania potwierdziły ten fakt. W efekcie dyrektora oraz dwóch kierowników o nic nie oskarżono. Głównymi organizatorami okazali się jeden z brygadzistów i dwóch kierowców.

 

***

Sprawdzono dokładnie dokumentację w księgowości i po porównaniu jej ze stanem faktycznym kontrolujący nie mogli wyjść ze zdziwienia. W gospodarstwie nie brakowało żadnej sztuki! Po dokładnych wyliczeniach okazało się, że jest nawet spora nadwyżka, po kilka sztuk w każdej grupie na kolejnych etapach tuczu. Trochę potrwało, zanim udało się ustalić przyczynę „świńskiego cudu”. Według oficera pracującego przy tej sprawie, jeden z pracowników PGR-u zeznał: „Wszystkiemu winne przepisy. Zawsze jakieś zwierzę w trakcie tuczu zachoruje i zdechnie. Kontrole zarzucały nam, że za dużo zdycha, że to przez nasze zaniedbanie i chcieli nas za to karać. Raz nawet nie dostaliśmy przez to trzynastej pensji. No to zaczęliśmy sobie radzić… Jak się krowa cieliła i miała bliźniaki, co się dość często zdarzało, to wykazywaliśmy w dokumentach, że urodziło się tylko jedno cielę. Jak było mało cielaków bliźniąt, to czasem wpisywało się, że cielę urodziło się martwe, a ono w rzeczywistości żyło i szło do dalszej hodowli. To samo było z prosiętami. Tam było jeszcze łatwiej. Jak maciora miała w miocie dziesięć prosiąt, to pisaliśmy, że osiem albo siedem i już. Jak któreś zdechło, to nie było problemu, bo był zapas. Kontrole nas chwaliły, że mamy mało upadków i dostawaliśmy trzynaste pensje. Nie mogło się to wydać, bo przy produkcji 400 tuczników i 200 sztuk bydła opasowego rocznie trudno to wyliczyć i zauważyć.

Ale kilka lat temu powstał problem, bo została nam zbyt duża nadwyżka. Nie można było tego ujawnić, bo wydałoby się od razu, że oszukujemy przy rejestracji urodzin. Sprzedać tę nadwyżkę? Gdzie i jak? Zaraz ktoś by doniósł. Dopiero byłoby dochodzenie i kary.

A trzymać dalej też nie można, bo zwierzęta wyrosły zbyt duże. Wpadliśmy na pomysł, żeby je zabić i rozdzielić mięso pomiędzy pracowników, żeby nikt nie wydał. No i jak raz się udało, to i robiliśmy tak dalej. W końcu narodziła się taka tradycja, że przed świętami po cichu zabija się parę sztuk z nadwyżki i rozdziela między zaufane osoby, aby w nowym roku w księgowości wszystko się zgadzało. I dobrze było, aż do teraz…”.

Milicjanci byli nawet skłonni uwierzyć, że takie były początki procederu, ale byli też przekonani, że w ostatnich latach celem hodowli nadwyżek stała się nie obawa przed kontrolującymi, ale przyzwyczajenie do łatwego zdobywania mięsa.

Na podstawie zeznań ustalono wszystkie osoby, które to organizowały i z tego korzystały. Objęto je aktem oskarżenia z artykułu o zagarnięcie mienia społecznego i skazano na niewielkie kary więzienia i grzywny. Zarówno w prokuraturze, jak i przed sądem prawnicy mieli spory problem z ustaleniem, na jakim etapie doszło do zagarnięcia. Czy skradziono zwierzęta, czy tylko paszę do ich wyhodowania. W końcu jednak uznano, że zabór dotyczył zwierząt, a wcześniejsze działania były przygotowaniem do tego zaboru.

 

Oczywiście sprawie tej daleko było do słynnej „afery mięsnej” ujawnionej 1964 roku w Warszawie. Wówczas wyroki usłyszało 400 osób, w tym jedna wyrok śmierci, a kilka wyroki dożywotniego więzienia, ale Wojewódzki Urząd Spraw Wewnętrznych w L. też miał wyniki i swoją aferę mięsną.

Przy okazji zdarzenia z 1983 roku, niejako z boku zaistniała inna historia. Kontrolujący procedury w WUSW w L. dwa lata później stwierdzili liczne nieprawidłowości w postępowaniu z dowodami rzeczowymi zabezpieczonymi na potrzeby różnych postępowań. Część tych dowodów zginęła, część uległa zniszczeniu, a w kilku przypadkach zaginęły dokumenty ich dotyczące. Tak stało się też w przypadku mięsa i wędlin zabezpieczonych w grudniu 1983 roku w PGR-ze w U. Z dokumentów wynikało, że szybko wówczas uznano, że to mięso nie nadaje się do wprowadzenia do obrotu, czyli sprzedaży w sklepach. Nie wiadomo było przecież, jak było wcześniej przechowywane, czy było badane przez weterynarza (choć podobno było). Dlatego wydano decyzję o przekazaniu go do zniszczenia, a część mięsa – jako karmę dla milicyjnych psów służbowych. Badania grupy kontrolującej WUSW w L. w 1985 roku ujawniły, że mięso ani wędliny nigdy nie dotarły do żadnego zakładu w celu zniszczenia ani tym bardziej jako karma dla psów służbowych. Nie było żadnych dokumentów o tym świadczących. Kontrolujący po pewnych rozterkach uznali, że zaginęły… dokumenty. Ukarano jednego z naczelników i sprawę zamknięto. Nieoficjalnie wszyscy doszli do wniosku, że wędliny i mięso w okresie przedświątecznym były zbyt kuszącym towarem, więc rozdzielili je między siebie milicjanci i esbecy. Skoro i tak miały być zniszczone, to przecież nieistotne, w jaki sposób. Okazało się więc, że ten sam towar ukradziono dwukrotnie.

< 1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze

[fbcomments]