Kaszanka z wędlinami

Zakłady Mięsne w Ł. były firmą państwową, jak praktycznie wszystkie firmy tego typu w Polsce w 1986 roku. Te zakłady wyróżniała jednak fatalna cecha. Wyroby mięsne i wędliniarskie powstające w Ł. Były podłej jakości. Skazani na kartkowe zakupy mieszkańcy Ł. i okolic szukali w sklepach wyrobów innych zakładów. Niestety pustki sprawiały, że każdy towar tego typu błyskawicznie znikał z półek i haków sklepowych. Tam gdzie jest niedobór, nie można narzekać na jakość. Kupowano więc jak leci, ale narzekanie było powszechne.

Plotka z tamtego czasu głosiła, że aferę w Zakładach Mięsnych w Ł. wykryto, bo jedna z partii kiełbasy miała tak obrzydliwy smak, że miejscowy szef milicji po spróbowaniu jej wpadł we wściekłość i nakazał swoim podwładnym, aby zrobili z tym porządek. Nie wiadomo, czy taka była przyczyna, ale w marcu 1986 roku milicjanci z Ł. rozpoczęli regularne kontrole samochodów wyjeżdżających i wjeżdżających na teren zakładów.

Sprawdzono zarówno ciężarówki z towarem, jak i prywatne pojazdy. Wyglądało to na prawdziwą nagonkę. Sypały się mandaty, zatrzymywano dowody rejestracyjne a dwóch kierowców straciło prawo jazdy, bo kierowali pod wpływem alkoholu. Komendant wymagał, aby zawsze z takich kontroli sporządzane były szczegółowe notatki, które z satysfakcją przeglądał przy porannej kawie i oddawał do pionu operacyjnego.

W końcu doszło do sytuacji, w której u szefa milicjantów interweniował dyrektor zakładów. Funkcjonariusze bowiem pozabierali większość dowodów rejestracyjnych ciężarówek i nie było czym rozwozić towaru. Niestety nie sposób dzisiaj dowiedzieć się, jaki przebieg miała ta rozmowa. Podobno komendant był nieugięty i dyrektor wyszedł z niczym. Na gwałt w zakładach naprawiano wysłużone wozy, aby móc znowu przewozić towary.

Jednak kontrole pojazdów były tylko jednym z elementów działań milicjantów z Ł. Równolegle swoją pracę zintensyfikowali milicyjni wywiadowcy z pionu kryminalnego. I to oni wśród notatek sporządzanych przez milicjantów z drogówki odkryli pewną prawidłowość. Dwukrotnie udało im się natrafić na dokumenty wywozowe o tych samych numerach w odstępie kilku dni. Oczywiście drogówka nie zatrzymała tych dokumentów, a jedynie zgodnie z procedurą spisała numery. Milicjant nie mógł przecież odgadnąć, że kilka dni wcześniej inny funkcjonariusz kontrolował kierowcę posługującego się dokumentem o tym samym numerze. Milicjanci z pionu kryminalnego szybko zrozumieli, z czym mają do czynienia. Podwójne dokumenty wywozowe służą do wywożenia nadwyżek wyprodukowanych wędlin i sprzedaży ich poza legalnym obiegiem. Aby wytworzyć więcej wędlin z takiej samej ilości mięsa, masarze z Ł. musieli dodawać wiele innych składników, krócej wędzić, aby mniej wody odparowało, sypać więcej soli. To z tego powodu produkty Zakładów Mięsnych w Ł. miały ohydny smak i szybko zieleniały. W zakładach musiała działać grupa przestępcza, bo tylko tak można zorganizować nadprodukcję i skutecznie ją upłynnić.

 

***

Na naradzie milicjanci ustalili plan działania i przystąpili do jego realizacji. Postanowili zatrzymać obu kierowców, którzy posługiwali się powtórnym dokumentem przewozowym. Założyli logicznie, że to drugi wyjazd był nielegalny, a kierowca musiał dobrze wiedzieć, dokąd ma zawieźć ładunek sprzedawany na lewo. Te założenia okazały się „strzałem w dziesiątkę”. Kierowców zatrzymano wieczorem po pracy, aby do rana „popracować nad nimi”. Trafili do słynącej z takich przesłuchań komendy (wówczas Rejonowego Urzędu Spraw Wewnętrznych) w Ł. i już po północy milicjanci mieli pełną wiedzę na temat działalności grupy. Kierowcy byli jednym z ważniejszych ogniw, bo rozwozili nadwyżki produkcji do bardzo zainteresowanych tym towarem właścicieli restauracji, barów, a nawet kilku zwykłych sklepów mięsnych, gdzie zręcznie i szybko sprzedawano nadwyżki. Klienci bez szemrania płacili za wyroby nawet słabej jakości, bo mogli kupić je bez kartek. Po nocnych przesłuchaniach kierowców, rankiem zatrzymano siedem pozostałych osób zamieszanych w ten proceder. Okazało się, że oprócz krótszego wędzenia, dodawania większej ilości soli i tłuszczu, do wędlin dodawano także preparat białkowy stosowany w paszach dla zwierząt, a także mączkę rybną. Zarówno procedury, jak i recepturę wyrobów ustalało kilka osób. Zwykły pracownik nie wiedział, czy wsypywany jest hydrolizat białkowy, czy inna substancja. Proszek to proszek i już.

W 1986 roku, aby nie wywoływać poruszenia w społeczeństwie uznano, że o tych praktykach w Zakładach Mięsnych w Ł. nie wolno nikogo informować. Członków grupy szybko przekonano, że dostaną niższe wyroki, jeśli tego nie ujawnią, a jeśli zaczęliby zbyt dużo gadać, zmieni się kwalifikacja prawna i mogą dostać nawet wyroki dożywotniego pobytu w więzieniu za próbę otrucia ludzi.

Przy takiej decyzji decydentom chodziło o ich stanowiska. Gdyby prawda wyszła na jaw, z całą pewnością władze w Ł. straciłyby swoje stołki za to, że dopuściły do takiego skandalu. To w jakimś sensie uratowało grupę pracowników zamieszanych w proceder. Zostali skazani na wyroki po kilka lat więzienia, grzywny i zakaz zajmowania stanowisk kierowniczych. Dyrektor zakładów sam podał się do dymisji.

Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zatrzymanie tych osób i zmiana na kilku stanowiskach w zakładzie, zmieniło jakość produktów i już latem 1986 roku kaszanka, baleron i inne wędliny dawały się zjeść ze smakiem.

 

Feralna sława zakładów

Zakłady Mięsne w Ł. istnieją do dziś. Jednak moda na kradzieże w tym rejonie najwyraźniej się utrzymała. Pewnego dnia, pod murem zakładu znaleziono zwłoki mężczyzny z przetrąconym karkiem.

Okazało się, że był to szwagier pracownika tego zakładu. Obaj panowie opracowali skuteczny sposób, aby kraść półtusze wieprzowe. Pracownik podczas przewozu półtusz na terenie zakładu, podjeżdżał pod betonowy parkan i jedną lub dwie przerzucał na drugą stronę. W umówionym miejscu czekał szwagier.

Niestety feralnego dnia przewoził tusze zamrożone, a każda z nich ważyła około 70-80 kg i taka twarda jak kamień bryła spadła na mężczyznę oczekującego po drugiej stronie ogrodzenia.

Lekarze orzekli, że zginął natychmiast. Najbardziej bulwersująca była jeszcze jedna okoliczność. Jego wspólnik dowiedziawszy się, że szwagier nie dotarł z tuszą do domu, przyjechał pod płot (który w tym miejscu otoczony był gęstymi krzakami). Znalazł tam zwłoki szwagra, ale przerażony zostawił je. Półtuszę mięsa jednak zabrał i ukrył w zabudowaniach u matki. Dopiero później, nie przedstawiając się, zadzwonił na pogotowie i poinformował o mężczyźnie leżącym pod płotem zakładów. Ratownicy stwierdzili zgon, a policjanci nie mieli zbytnich problemów z ustaleniem osoby, która przyczyniła się do tej śmierci. Mężczyznę skazano za uczestniczenie w wielokrotnej kradzieży tusz na szkodę zakładów mięsnych oraz za nieumyślne spowodowanie śmierci.

Dariusz Gizak

Niektóre okoliczności zdarzeń zostały zmienione. 

< 1 2 3

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze

[fbcomments]