Dochodziła godzina wpół do dziesiątej wieczorem, gdy Stanisław August opuścił rezydencję kanclerza Michała Czartoryskiego i ruszył w drogę powrotną na zamek. Miał prawdopodobnie zamiar pojechać na kolację do księżnej Czartoryskiej. Wyjątkowo jego straż osobista była bardzo słaba, tylko kilku ludzi ze służby, gdyż żołnierze wrócili już do koszar. W końcu wszystko działo się tuż przy zamku.

Nagle w ciemnościach u zbiegu ulicy Koziej i Miodowej królewska kareta została otoczona przez porywaczy. Hajducy królewscy najpierw krzyknęli: „Król jedzie!”, ale w odpowiedzi padły strzały.

Jednym ze strzelających był niejaki Jan Kuźma, który często używał szlacheckiej formy Kosiński. Jego strzał śmiertelnie ugodził Jerzego Butzowa. Na marginesie dodajmy, że ten strzał uśmiercający Butzowa był królowi… bardzo na rękę, gdyż uwalniał od męża i jego uciążliwych podejrzeń aktualną kochankę królewską! Próbujący bronić króla Szymon Mikulski został ciężko ranny. Król chciał schronić się z powrotem w pobliskim pałacu Czartoryskiego na Miodowej, ale służba zamknęła bramę i na odgłos strzałów bała się ją otworzyć. Lekko raniony szablą w głowę monarcha poddał się zamachowcom, którzy błyskawicznie wsadzili go na konia i zaczęli uciekać w kierunku Bielan, omijając tzw. wały Lubomirskiego otaczające ówczesną Warszawę. Uciekali ulicami Miodową i Długą w kierunku dzisiejszego dworca Gdańskiego. W spóźnioną pogoń za porywaczami rzucili się książę Wincenty Potocki i pisarz Piotr Ożarowski, ale w ciemnościach oddziału Strawińskiego nie dogonili.

Na miejscu napadu znaleziono zabitego Butzowa i rannego Mikulskiego oraz kapelusz i harbajtel (jedwabny woreczek zakładany z tyłu na związane włosy peruki) należące do króla. W pobliżu wału zaś leżał tylko skrwawiony królewski płaszcz i kuśtykał koń ze złamaną pęciną, boleśnie rżąc. Znaleziono także trzewik króla, który zgubił on w mokradłach rzeczki Drny (dzisiaj nieistniejąca – przyp. red.). Stał się on potem ważnym eksponatem w muzeum księżnej Izabeli Czartoryskiej w Puławach. Nie widząc porywaczy, ścigający musieli wrócić na zamek.

Nagle w nocy zaczęły bić dzwony, a przez Warszawę przebiegła lotem błyskawicy wieść, że król został porwany, a może nawet zamordowany!

Marszałek Lubomirski opieczętował nawet gabinet króla.

 

Rozmowa z Kuźmą

Tymczasem porywacze uciekali w kierunku Lasku Bielańskiego. Ale chyba tylko Strawiński znał dobrze drogę, bo stopniowo kolejni jeźdźcy gubili szlak w mroku i mgle, pośród mokradeł, na polach, w lesie. Niektórzy uznali, że najtrudniejsza część zadania została wykonana, więc oddalili się bez pożegnania, zostawiając eskortowanie porwanego monarchy innym. Zgubił się też sam Strawiński i w końcu przy królu pozostał tylko jeden porywacz, wspomniany wcześniej Jan Kuźma, który był mocny raczej w pięści, niż w posługiwaniu się głową. Z nim to właśnie rozpoczął rozmowę król, starając się go nakłonić do wypuszczenia z niewoli i odwiezienia na zamek, gwarantując równocześnie nietykalność porywaczowi.

Kuźma nie bardzo wiedział co robić.

– Najjaśniejszy Panie, jeśli zrobię to, do czego mnie namawiasz, to po powrocie na zamek niechybnie zostanę uwięziony, a potem stracony!           

– W takim razie zostaw mnie tu, na tym polu, i uciekaj. Jeśli nadejdzie pogoń, albo rosyjskie wojsko, pokażę im inny kierunek twojej ucieczki – namawiał swojego porywacza król.

– Nie mogę zrobić tego, królu, bo złożyłem przysięgę, że albo cię do konfederatów zaprowadzę, albo też żywota pozbawię!            

– A czy nie zdajesz sobie sprawy z nikczemności twego czynu? Przecież rękę na majestat podniosłeś! Przede wszystkim królowi winien jesteś wierność!    

< 1 2 3 4 5>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze

[fbcomments]