Drugiego stycznia 1997 roku, a więc zaledwie trzy dni po pogrzebie JonBenet, sieć telewizyjna ABC nadała w głównych wydaniach dzienników fragmenty amatorskich filmów, wyprodukowanych przez matkę dziewczynki dla potrzeb reklamowych. Jak się okazało, Patricia Ramsey sprzedawała kasety przyjaciołom oraz matkom innych dziewczynek uczestniczących w dziecięcych konkursach piękności.

Ameryka ujrzała JonBenet w najszczęśliwszych momentach jej życia. Śliczna, mała blondyneczka w stroju w stylu typowych show-girls z Las Vegas. Wszystko na niebiesko, wszystko błyszczało blichtrem i tandetnym stylem taniej rozrywki dla mężczyzn. Ozdobiona cekinami krótka spódniczka i kamizeleczka, kowbojski kapelusz i kowbojskie buty. Twarz sześcioletniej dziewczynki tonąca pod grubą warstwą makijażu, kształtne usta pokryte szminką, z ząbkami wyszczerzonymi w wytrenowanym, kuszącym uśmiechu. JonBenet wchodzi na wybieg tanecznym krokiem, naśladując dorosłe dziewczyny próbujące zamotać mężczyznom w głowach. Znacząco kołysze bioderkami, strzela oczkami, z trudem unosząc powieki, opadające pod ciężarem mascary. Taka żywa Barbie stworzona po to, by świat był piękny.

Klipy z popisami JonBenet Ramsey pokazane w dziennikach telewizyjnych ABC, powielone następnie przez stacje całego świata, wywołały zdumienie graniczące ze skandalem. Ludzie dopiero teraz dowiedzieli się prawdy o dziwnych konkursach, w których małe dziewczynki próbują naśladować dorosłe kobiety, oczywiście – kosztem swojego dzieciństwa.

Od razu pojawiły się pytania: kim są ci rodzice, którzy wystawiają swoje małe córeczki na wybiegach dwuznacznych konkursów  typu „Colorado State All-Star Kids Cover Girl”, przypominających akcje podejmowane przez czasopisma dla mężczyzn?

Ramseyowie tłumaczyli, że to przecież nic zdrożnego! Konkursy piękności dla małych dziewczynek są tradycją stanów Południa, z których pochodzą ich rodziny. Tak przygotowuje się tam małe damy do przyszłego dorosłego życia, w którym na każdym kroku trzeba się zmagać z warunkami ostrej konkurencji. JonBenet uwielbiała ten styl życia i domagała się od matki, by zgłaszała ją do kolejnych konkursów. A w domu nieustannie trenowała krok, gesty, uśmiech. Pokój wypoczynkowy zamieniał się w wybieg. Matka odgrywała rolę konferansjerki, zapowiadała wyjście JonBenet, a mała wyskakiwała z zakamarków przedpokoju, pokonując wyimaginowany wybieg tak jak podczas prawdziwego konkursu. Robiła przerwy na zmianę kostiumów. Lubiła pokazywać się w stroju kowbojskim, w sukniach panny młodej lub gwiazdy wodewilu.

 

Matka sześciolatki nie widziała w tej zabawie nic złego. Jako była laureatka stanowego konkursu piękności cieszyła się, że córeczka aż z takim entuzjazmem chce kontynuować rodzinne tradycje. W jej opinii przebieranka dziecka i wypuszczanie go na konkursowy wybieg było zwyczajnym sportem, takim samym jak dla innych dzieci udział w małej lidze baseballa lub w konkursach jazdy figurowej na lodzie. W swej „dyscyplinie sportu” JonBenet rozwijała się znakomicie, zdobywała nagrody na wybiegach wielu stanów i szła pewnie w stronę przyszłych konkursów o tytuł dorosłej Miss America.

Reakcja mediów i ludzi była jednak krytyczna. Prasa i telewizja bezlitośnie krytykowały wizerunek zamordowanej JonBenet jako „malowanego dziecka, małej księżniczki piękności z mocno seksualnym podtekstem”. Pojawiły się pierwsze głosy, że jej prowokacyjne zachowanie na konkursowych wybiegach skupiło na niej uwagę zboczeńca.

 

Wojna nerwów

Policja nie spuszczała oka z rodziców zamordowanej dziewczynki, upatrując w nich sprawców zbrodni. Piętrzyły się coraz to nowe poszlaki, a oni sami nie czynili nic, by tę sytuację zmienić. Rzucało się w oczy przede wszystkim to, że zachowywali oni dziwny spokój, całkowicie nierozumiały wobec tak straszliwej tragedii. Przyjęli postawę nie tyle pośrednich ofiar zbrodni, co podejrzanych. Zamknęli się w swym bólu i odmówili współpracy z policją. Zignorowali wezwanie detektywów do złożenia oficjalnych zeznań w komisariacie policji w dzień po morderstwie. Wezwania otrzymali oddzielnie; żadne z nich nie stawiło się ani tego dnia, ani później. Policja odebrała to jako zachowanie podejrzane, wskazujące na nieczyste sumienie.

Rodzice JonBenet nie wyrazili zdziwienia, że porywacz lub porywacze, po napisaniu długiego listu z żądaniem okupu, ani razu nie dali o sobie znać. Policja potraktowała to jako potwierdzenie podejrzeń: porwanie nigdy nie miało miejsca, zaś list był sporządzony tylko po to, by odciągnąć uwagę od prawdziwych sprawców zbrodni, mieszkańców posiadłości w dzielnicy University Hill.

Ramseyowie już od początku przecięli normalną, codzienną drogę porozumienia typowych rodziców ofiar z wymiarem sprawiedliwości. Nie wywierali nacisku w celu zintensyfikowania śledztwa, nie telefonowali z pytaniami o rezultaty. Postępowali więc zupełnie inaczej niż typowa matka i typowy ojciec zamordowanego dziecka. W końcu – natychmiast wynajęli dwóch prawników, po jednym dla każdego z nich.

To już najbardziej wzmogło podejrzenia. Jeśli John i Patricia Ramsey byli ludźmi całkowicie niewinnymi i nie mieli nic do ukrycia, to dlaczego przyjęli aż tak podejrzaną taktykę? Dlaczego odmówili złożenia szczegółowych zeznań w trybie ustalonym przez detektywów policji miasta Boulder? Dlaczego skryli się pod opiekuńczymi skrzydłami adwokatów, i to aż dwóch?

1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze