O napadzie na całodobowy sklep spożywczy „Muszelka” na peryferiach Warszawy policja dowiedziała się w niedzielny poranek, o godzinie 5.20. Dzwonił właściciel sklepu, który dla odparcia ataku zmuszony był użyć legalnie posiadanej broni.

Kwadrans później, policjanci znaleźli się na miejscu przestępstwa. Widok, który zastali, był efektem niedawnych zdarzeń. Na progu sklepu, twarzą do ziemi, leżały zwłoki młodego mężczyzny, ubranego w dżinsowe spodnie, czarną koszulę z krótkim rękawem i białe, sportowe buty. Obok niego, na podłodze, leżały setki drobnych kawałków szkła z rozbitej szyby.

– Nic tu po mnie. Mężczyzna zginął od kuli z pistoletu – powiedział do komisarza Mroziewicza lekarz pogotowia, który właśnie zbierał się do wyjścia. – Tam, na zapleczu, jest sklepikarz. Dałem mu krople uspokajające, ale mężczyzna jest w miarę opanowany i chyba można z nim porozmawiać. O nic go nie wypytywałem, to już wasza sprawa. Ja swoje zrobiłem…

– Jeden strzał z bliskiej odległości – potwierdził aspirant Nowakowski. – Technicy już zabezpieczają ślady. Mam problem ze zidentyfikowaniem ofiary. Nie ma portfela, żadnych dokumentów. W kieszeni tylko jakiś klucz, chustka do nosa, banknot pięćdziesięciozłotowy, napoczęta paczka papierosów i zapalniczka. Nic więcej, nawet telefonu komórkowego, a myślałem, że tylko przedszkolaki chodzą dzisiaj bez komórki.

– Dobra, dobra, nie filozofuj! Idę pogadać z właścicielem sklepu – stwierdził komisarz Mroziewicz.

– Proszę się uspokoić i dokładnie opowiedzieć, co się stało – powiedział komisarz Mroziewicz, kiedy minutę później, na zapleczu, zaczął rozmowę z Marianem Pomorskim, właścicielem „Muszelki”.

– Pierwszy raz widziałem tego człowieka. Kilkanaście minut temu przyszedł do sklepu i kupił czteropak piwa. Tego promocyjnego, 11,99 złotych za opakowanie. Dał mi banknot dwudziestozłotowy, wydałem mu resztę bilonem, ale bez grosika, bo nie miałem drobnych w kasie. To się często zdarza, ale nikt nigdy nie robił z tego problemu. Klient machnął ręką, bo co można kupić za jeden grosz. Tak było zawsze. Do dzisiaj. Ten klient schował pieniądze do kieszeni, ale jakby diabeł w niego wstąpił, zaczął się awanturować i wyzywać mnie od najgorszych. Wszystko przez ten brakujący grosik. Poniosły mnie nerwy, w męskich słowach powiedziałem mu, żeby wyszedł. Tamten dostał białej gorączki. Chyba był po jakichś narkotykach albo dopalaczach. Przy wejściu na zaplecze leżał duży młotek, który zostawiła ekipa modernizująca pomieszczenie biurowe. Wziął go do ręki i zażądał wydania całej posiadanej gotówki. Powtórzyłem tylko, żeby spier…, ale on rzucił we mnie tym młotkiem. Uchyliłem się, młotek przeleciał obok mnie i rozbił szybę sklepową. Zrozumiałem, że to nie przelewki. Wziąłem pistolet schowany pod ladą i trzymając go w ręku, próbowałem wypchnąć napastnika z pomieszczenia. Doszło do szamotaniny, bo próbował wyrwać mi broń. Broniłem się, nie wypuszczałem pistoletu z dłoni. Nie wiem, jak to się stało, ale w pewnym momencie rozległ się huk. Nie dałem się temu bandziorowi, bo przed pół rokiem przeżyłem podobną sytuację. To też było w nocy. Wyszedłem za potrzebą, kilka minut później wróciłem, kiedy otwierałem drzwi wejściowe, ktoś wepchnął mnie na siłę do środka. Instynktownie odwróciłem się do tyłu, zobaczyłem zamaskowanego mężczyznę, który trzymał coś, co przypominało pistolet. Nie wiem, czy to była atrapa, czy był prawdziwy. I kto wie, jak to by się skończyło, gdyby pod sklep, zupełnie przypadkowo, nie podjechał radiowóz. Napastnik salwował się ucieczką. Oczywiście sprawę zgłosiłem na policję, ale została umorzona. Jedyna korzyść, że udało mi się uzyskać zezwolenie na broń. I dzisiaj mi się przydała. Musiałem jej użyć w obronie własnej. To chyba oczywiste…

– Właśnie że nie, panie Marianie. Widzę nieścisłości w pana relacji. Wydarzenia miały zupełnie inny przebieg. Dlaczego pan kłamie?

Dlaczego komisarz Mroziewicz nie dał wiary wyjaśnieniom właściciela „Muszelki”?

Rozwiązanie zagadki kryminalnej na kolejnej stronie.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze