Bywa, że żona zdradza męża. Bywa i to nawet często, że robi to z ważnego, oczywiście dla siebie powodu. Bywa także, choć o wiele rzadziej, że mówi o tym zdradzonemu mężowi. Żona Ludwika Z. właśnie tak niekonwencjonalnie się zachowała i poinformowała męża o niewierności.

Powiedziała także, że zakochała się podczas firmowego wyjazdu integracyjnego, a teraz spodziewa się dziecka, które z całą pewnością nie jest jej męża, który dzieci mieć nie może i nie chce się z tego leczyć.

Wyznała szczerze, że jako kobieta uczciwa, dwóch mężczyzn kochać nie potrafi, a nawet nie zamierza próbować, a wybiera tego, który z niczego leczyć się nie musi i upragnione dziecko dać jej potrafi. Dodała, że na taki wybór Ludwik Z. sam sobie zasłużył swoim notorycznym pijaństwem, pracą po nocach i nieleczoną bezpłodnością.

Ludwik Z. nie wykazał zrozumienia dla argumentów niewiernej żony głównie dlatego, że nawet nie próbował. Zaczął natomiast grzebać z zapałem po szufladach w poszukiwaniu pistoletu, który jako policjant w służbie zawsze w pobliżu siebie posiadał. Z powodu znacznego upojenia alkoholowego broń znalazł jednak dopiero wówczas, gdy jego żona wybiegła już w popłochu z mieszkania i ukryła się wśród zaparkowanych przed blokiem samochodów.

Ludwik Z. nie po to przez wszystkie lata policyjnej służby systematycznie uczęszczał na służbową strzelnicę, żeby teraz uganiać się za niewierną połowicą po osiedlowym parkingu. Wyszedł na balkon i niezniechęcony dużą odległością utrudniającą skuteczne oddanie strzałów oddał ich w sumie sześć, czyli wszystkie naboje jakie miał w magazynku. W wyniku ostrzału nikt nie ucierpiał, ale przyjechała grupa antyterrorystyczna z komendy wojewódzkiej policji.

 

Ludwik Z. poddał się od razu i bez oporu, bynajmniej nie z powodu rezygnacji z ukarania małżonki, co z powodu braku amunicji. Wyprowadzany z bloku obiecywał przyglądającej się temu żałosnemu wydarzeniu żonie, że za to, co mu zrobiła nogi jej powyrywa z tej części ciała, która za jego upokorzenie odpowiada.

 

Jak psa, na ulicę

Ludwik Z. na rozprawę długo czekać nie musiał. Głównie dzięki temu, że winy się nie wypierał, a nawet dobrowolnie poddał karze. Nie odpowiadał za usiłowanie zabójstwa, a nawet za użycie broni. W świetle nowych przepisów jego czyn zakwalifikowano zaledwie, jako wykorzystanie broni, a to dzięki temu, że wszystkie strzały zostały przez niego oddane z wykorzystaniem amunicji niepenetracyjnej. Amunicja taka nie stwarza zagrożenia dla zdrowia i życia. Został jednak ukarany karą pozbawienia wolności z zawieszeniem wykonania, za wykorzystanie broni pod wpływem alkoholu i niezgodnie z prawem.

Kara była łagodna, bo sędzia uznał, że podsądny działał pod wpływem całkiem zrozumiałego w takich okolicznościach silnego wzburzenia, do tego bez zamiaru pozbawienia życia. Ludwik Z. przekonał bowiem sędziego, że pomimo zaawansowanego stanu nietrzeźwości, w jakim się wówczas niewątpliwie znajdował wiedział, że tylko taką bezpieczną amunicję posiada.

Najdotkliwsza kara spotkała go jednak ze strony komendanta wojewódzkiego policji, który takiego strzelającego „po pijaku” policjanta pomimo jego dotychczasowych zasług, w swoich szeregach widzieć nie chciał i usunął go ze służby.

Ludwik Z. został bez środków do życia. Do tego znalazł się na ulicy, bo żona nie wpuściła go do mieszkania i zmieniła zamki, żeby jej ślubny samowolnie się w domu nie zagnieździł. Złożyła też pozew o rozwód z winy męża oczywiście. Z tego wszystkiego Ludwik Z. pić bynajmniej nie zaprzestał. Skończył jedynie z piciem tego, co lubił, a zaczął pić to, na co go było stać. Źle to wpłynęło na jego zdrowie fizyczne, jak i psychiczne, przez co znalazł się pewnego dnia na dworcu kolejowym, chociaż w podróż się nie wybierał.

 

Kolej na zmianę

Ludwik Z. siedział na dworcowej ławce, popijał tanie wino i patrzył na szyny. Z tego picia zebrało mu się na wspomnienia. Przypomniał sobie ojca, który póki żył, był kolejarzem. Zanim jego zawodową karierę i jego samego przecięła rozpędzona lokomotywa, zdążył przynieść do domu niejedną kolejarską opowieść. Dzięki temu Ludwik Z. od dziecka już wiedział, co z ciałem człowieka robi rozpędzony pociąg i spodziewał się, że śmierć na szynach, to śmierć błyskawiczna i bezbolesna. Z zamyślenia wyrwały go męski głos:

– W podróż pan się wybiera?

Na ławce tuż obok niego usiadł nieznany mu, dobrze ubrany mężczyzna.

– Nic panu do tego! – arogancko odpowiedział.

Nie zniechęcił tym do siebie mężczyzny, który uparcie drążył temat:

– Przecież widzę, że się pan wybiera. Widzę nawet, że chyba w ostatnią!?

Ludwik Z. wstał zamierzając zmienić ławkę na wolną od natręta, ale mężczyzna zatrzymał go chwytając za przegub dłoni.

– Niech pan tego nie robi, zawsze jest jakaś nadzieja. Trzeba tylko odważyć się i sobie pomóc –dodał.

Mężczyzna nie powiedział, jak Ludwik Z. miałby sobie pomóc, ale powiedział, gdzie tej nadziei szukać. Oświadczył, że reprezentuje kancelarię prawną zajmującą się odszkodowaniami ubezpieczeniowymi. Namawiał, do bezpośredniego kontaktu z kancelarią, który będzie dla Ludwika Z. początkiem nowego, bogatego życia. Ludwik Z. nie miał nic przeciwko nowemu, bogatemu życiu, tym bardziej, że dotychczasowe, biedne właśnie zamierzał zakończyć. Niestety, tajemniczy mężczyzna nie chciał zdradzić żadnych szczegółów. Na pożegnanie podał wizytówkę z adresem.

1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze