Urodzony w 1943 roku Kowalski, służbę w Milicji Obywatelskiej rozpoczął w 1965 roku, a ukończył w 1995 na stanowisku komendanta powiatowego policji. Kilka lat wcześniej pozytywnie przeszedł weryfikację, dzięki czemu na zasłużoną emeryturę udał się po 30 latach służby.

– Panie Marianie, dawno pana u nas nie było – komisarz Andrzej Marecki, poprosił niespodziewanego gościa do swojego gabinetu. – Proszę wejść… Kawy? Herbaty? Whisky nie proponuję, bo jestem na służbie. Co pana sprowadza w progi naszej komendy?

–  Nic poważnego. Złodzieje włamali się do garażu. Ukradli komplet opon zimowych, na szczęście mojego wysłużonego poloneza pozostawili w spokoju. Zresztą to już prawie zabytek, kupiłem go po zakończeniu służby. Wprawdzie na co dzień jeżdżę kilkuletnim passatem, ale sentyment do „Poldka” pozostał. Pamiętam, jak dostaliśmy pierwszy taki samochód, na początku lat 80. Ludzie zatrzymywali się przy nim i cmokali z zachwytu. Zachwycał sylwetką, podobną do najpiękniejszych europejskich samochodów. Kiedyś samochody miały duszę! 

– Ale przecież psuł się niemiłosiernie, palił jak smok, i komfort jazdy też nie był najlepszy… –  Marecki wszedł mu w słowo.

–  Człowieku, co jak co, ale komfortowy to był. Chyba nie jechałeś nigdy żukiem. Tam dopiero rzucało, a hałas był taki, że słuchanie radia było niemożliwe. Chociaż miał jedną zaletę: nieskomplikowany w budowie jak konstrukcja cepa. Jak przyszła zima i nie chciał odpalić, sięgałeś po korbę, kilka obrotów i jechałeś.

–  To fakt, w polonezie jak akumulator padł, to trzeba było od kogoś prąd pożyczać.

–  Wiesz co, Andrzej… A propos żuka, to przypomniała mi się taka sprawa z pierwszych lat mojej pracy. To była końcówka lat 60. Miałem dyżur, kiedy dotarła do mnie informacja o tragicznym zdarzeniu na przedmieściu. Kiedy dojechałem na miejsce, zobaczyłem właśnie żuka stojącego na środku eleganckiego podwórka, a w głębi podwórka otwarte drzwi garażowe. Przed tymi drzwiami leżały zwłoki mężczyzny. Był martwy, jak stwierdził przybyły razem ze mną lekarz. Co się stało? – zapytałem przerażoną i zapłakaną kobietę.

Z jej relacji wynikało, że mąż miał problemy z odpaleniem silnika żuka. W nocy był mróz, wysłużony akumulator miał zbyt mało prądu, by dało się uruchomić auto. W tej sytuacji kierowca sięgnął po często stosowany w tamtych czasach trick: wyciągnął ssanie, przepompował kilka razy pedał przyspieszenia, żeby rozprowadzić mieszankę paliwa i powietrza po cylindrach, po czym spróbował uruchomić silnik za pomocą korby. Początkowo miał z tym problem, ale po chwili udało mu się.

– W tym momencie doszło do dramatu – relacjonowała żona denata. – Samochód niespodziewanie ruszył i przejechał go na miejscu. Przypadkiem widziałam to z kuchennego okna. Przybiegam do męża, ale nie dawał już znaków życia.

–  I co w tym dziwnego? Nieszczęśliwy wypadek? Trzeba tylko współczuć tej kobiecie – stwierdził komisarz Marecki.

– Andrzejku, tłumaczy cię tylko nieznajomość techniki. Zresztą gdybyś nawet był laikiem motoryzacyjnym, powinieneś się od razu domyśleć, że kobieta nie mówiła prawdy i to ona jest zabójczynią męża. Tyle tylko, że zrobiła to bardzo nieudolnie!

 

Jaki błąd, o którym mówił emerytowany milicjant, popełniła kobieta?

Rozwiązanie zagadki kryminalnej na kolejnej stronie.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze