Razem z nimi wdrapywała się na drzewa, zakradała do cudzych ogródków, a nawet grała w piłkę nożną, zyskując sobie uznanie jako całkiem niezły bramkarz. Niestety, Marzena miała też krnąbrny charakter, skłonność do kradzieży i bójek, co w wieku 14 lat zaprowadziło ją do zakładu poprawczego.

W poprawczaku złe skłonności dziewczyny ujawniły się jeszcze pełniej. Na pozór uległa i przymilna, była cichym prowodyrem awantur, ucieczek i kradzieży. Przez pewien czas uchodziło jej to płazem, lecz gdy poznano się na niej, przestała udawać niewiniątko. Uczyć się nie zamierzała, terroryzowała wychowanki, które nie chciały się jej podporządkować, nic nie robiła sobie z napomnień, zakazów i kar. Opuszczając ośrodek wychowawczy, nie wykazywała żadnych skłonności do poprawy i zmiany zachowania. Mimo próśb matki, do szkoły ani do pracy nie miała zamiaru chodzić. Wolała własne towarzystwo, w którym czuła się doskonale.

Miłe złego początki

Powrót Marzeny do domu rodzinnego zbiegł się z eksmisją jej matki z zajmowanego lokalu spółdzielczego. Przyczyną eksmisji były wieloletnie zaległości w regulowaniu czynszu. Samotna kobieta obarczona trójką dzieci nie była w stanie z chudej pensji ekspedientki podołać wszystkim wydatkom, a mąż alkoholik, od kilku lat mieszkający z przyjaciółką, do żadnych obowiązków wobec rodziny się nie poczuwał. Nie tylko nie łożył na utrzymanie rodziny, ale gdy nie miał za co wypić, nachodził żonę i zabierał jej ostatnie grosze z portfela, wszczynając przy tym skandaliczne awantury.

Lokal zastępczy, jaki gmina wygospodarowała dla wyeksmitowanej rodziny, mieścił się w cieszącej się jak najgorszą sławą dzielnicy na obrzeżu miasta, co Marzenie W. ułatwiło zawarcie kolejnych, dla niej cennych znajomości… Znów jednak było to towarzystwo młodocianych chuliganów, którym Marzena nie imponowała co prawda urodą, ale podobnie jak oni żłopała piwsko, ćmiła papierosy i nie stroniła od „marychy”. W razie potrzeby potrafiła przyłożyć komu trzeba. W nowym środowisku takie „zalety” zdobyły uznanie, a doświadczenie z poprawczaka sprawiło, że dziewczyna imponowała o rok i 2 młodszym łobuzom, przeistaczając się stopniowo z równej kumpelki w niekwestionowany autorytet.

Na jedno Marzena nie pozwalała nowym kumplom: nikt, kto zawarł z nią bliższą znajomość, nie mógł liczyć na jej względy. Pierwszy chłopak, który zaczął po kilku piwkach dobierać się do dziewczyny, przez ponad tydzień nosił na twarzy i szyi ślady jej pazurów, co skutecznie zniechęcało innych do zalotów.

Prawdę mówiąc, nie żałowali tego, bo ich kumpelka damską urodą nie powalała na kolana. Figurę miała chłopięcą, o wąskich biodrach, biustu trudno było się dopatrzyć, a liczne wypryski na twarzy i krótko przycięte, zawsze tłuste włosy nieokreślonego koloru też nie dodawały jej urody. Ponieważ nosiła zawsze czarne spodnie, czarną kurtkę i nikt nie widział jej w damskich łaszkach, nie wyróżniała się niczym w gronie podpierających podwórkowe trzepaki kolesiów.

Wszyscy zgodnie przyznawali, że Marzena miała najlepsze pomysły, jak skołować niezbędną do życia forsę. Siedmioosobowej paczce łobuzów ciągle bowiem brakowało na piwo, fajki i inne codzienne przyjemności. Do czasu poznania Marzeny stale mieli z tym kłopot, bo – wbrew powiedzeniu – pieniądze na ulicy nie leżą. Próbowali co prawda drobnych kradzieży, ale były to groszowe dochody, które – łącznie z tym, co udało się podebrać rodzicom – ledwie starczały na drobne przyjemności.

Marzenie przesiadywanie na podwórkowych ławkach i murkach o suchym pysku nie wystarczało. Miała mnóstwo pomysłów na kołowanie forsy i dzieliła się nimi z kumplami, którzy codziennie przekonywali się, jak jest sprytna i obrotna.

Marzena potrafiła na chwilę wejść do pierwszego z brzegu sklepu czy marketu i wynieść stamtąd co wpadło w rękę. Skradzione fanty sprzedawali za cenę kilkakrotnie niższą od sklepowej, ale biznes i tak się opłacał. Ona też opracowała i przedstawiła kumplom system okradania nastoletnich uczniów szkół średnich. Ponieważ w kilkusettysięcznym mieście szkół takich nie brakowało, proceder przynosił niezłe dochody. Przy tym zajęcie było łatwe: wystarczyło czatować w upatrzonym miejscu w pobliżu szkoły i można było oskubywać zastraszonych „mięczaków” z kieszonkowego, komórek, czasem kurtek i tabletów czy innych gadżetów. Żeby interes był bezpieczny i nie groził wpadką, Marzena z kolesiami przenosili się stale pod inną szkołę, położoną jak najdalej od poprzedniej. Nawet gdy w okradanej szkole wzmagano czujność, nic to nie dawało, bo chuligani działali już w zupełnie innym rejonie, a w „starym” miejscu nie pokazywali się prędzej niż po kilku tygodniach.

Frajerzy spadają

wszystko jednak ma swój kres. Po kilku miesiącach sielankowej balangi pojawiły się pierwsze problemy. Najpierw wpadkę zaliczyli Kamil i Sebastian, „dyżurujący” w pobliżu jednego z ogólniaków. Innych kradzieży co prawda im nie udowodniono, ale 17-letni chuligani decyzją sądu rodzinnego otrzymali kuratorów.

1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze