Nie minął miesiąc, jak przyłapano Marzenę na kradzieży kilku butelek perfum, a niedługo potem – na próbie wyniesienia z supermarketu drogiej torebki, w której kryła się oprócz tego para markowych butów. Dla niej sprawa była poważniejsza, ponieważ osiągnęła już pełnoletność. Wyrok nie był wprawdzie surowy: kilka miesięcy w zawieszeniu, grzywna i kurator, ale dziewczyna rozumiała dobrze, że z kradzieżami sklepowymi musi dać sobie spokój. Przynajmniej na pewien czas…

Po tych niemiłych incydentach nastroje na odrapanej ławce pod kasztanami na jednym z zapuszczonych podwórek, gdzie najchętniej popijali piwko, bardzo się pogorszyły.

– Z „mięczakami” koniec. Ja więcej na dyżur nie idę – oznajmił Kamil, gdy cała siódemka zastanawiała się, jak zdobyć kasę.

– Ja też nie. Za dwa miechy kończę osiemnastkę, a do pierdla iść nie mam ochoty – poparł go Patryk.

– Czarna, co ty na to? – zwrócił się Jarek do Marzeny, którą na jej własne życzenie od pewnego czasu tak nazywano.

Po pierwsze, nie Czarna tylko Czarny. Taką od dziś mam ksywę, zrozumiano? – wycedziła Marzena i powiodła po kumplach zimnym wzrokiem.

– No, jak to tak… – zdziwił się Sebastian.

– Tak jak mówię. Ja jestem odtąd Czarny, bo tak mi się podoba. I macie się mnie słuchać, inaczej oberwiecie tak, że mamusia was nie rozpozna. A ksywki możecie też mieć, jakie sobie chcecie.

– Eee… To znaczy… Ja tam nie chcę ksywy – zebrał się na odwagę Kamil. – No i w ogóle, to nie ma sensu. Kuratorka gadała wczoraj z moimi starymi. Była nawet w budzie. Obiecałem, że kończę z wagarami…

– To zmywaj się stąd, frajerze! I nie wchodź mi w drogę, bo mnie popamiętasz – rozsierdziła się Marzena i z zaciśniętymi pięściami zerwała się z ławki, ale Kamil przezornie usunął się z zasięgu jej rąk.

– Idę z tobą – niespodziewanie zadeklarował Sebastian.

I ja też. Trzymajcie się, chłopaki – dołączył do Sebastiana Patryk. Cała trójka oddaliła się pospiesznie, na wypadek gdyby Marzenie przyszło do głowy przywołać ich do porządku ręcznymi argumentami.

Tymczasem dziewczyna udawała, że nic jej to nie obchodzi.

Co za dupki! Dobrze, że poszli w cholerę. Aha, mam tu jeszcze dwie dychy. Jarek, kopsnij się po browar i fajki…

To od razu poprawiło nastrój pozostałym czterem wiernym poddanym Czarnego. W jeszcze lepsze humory wpadli, gdy wrócił Jarek z papierosami i piwem.

– No to co teraz robimy? – zwrócił się do Marzeny Paweł.

– Powoli! Co wy sobie myślicie, że ja będę wam do końca życia stawiać i za was kombinować? Niemowlaczki, co im pieluchy trzeba zmieniać, mi niepotrzebni. Do jutra każdy ma wymyślić plan nowego biznesu, zrozumiano?

Marzena podniosła się z ławki na znak, że narada na dziś skończona.

Świetny pomysł

Nazajutrz na ławce było ich tylko czworo: Jarek, Paweł, Robert i Czarny.

– A gdzie Norbert? – zapytał Paweł.

– Chyba też nie przyjdzie…

– Obejdzie się bez niego. I tak nie było z niego wielkiego pożytku – Marzena zlekceważyła ubytek kolejnego kolesia. – Szkoda czasu. Jarek, zaczynaj. Co wymyśliłeś?

– Ja? No, jasne, że wymyśliłem. Nawet byłem dziś znowu obadać teren. Wiecie, ten nasz nocny sklepik. Jedna kobita siedzi, a ruch spory. Jakby tam zaczaić się tak koło powiedzmy jedenastej, gdy kobita zamyka, można się nieźle obłowić.

– Ale wymyślił! Już ze dwa lata temu z Patrykiem żeśmy ten nocny sobie dobrze obejrzeli. Tam jest monitoring, głupku, i nawet jak założysz kominiarkę, to nas szybko namierzą. Poza tym po utarg przyjeżdża po nią jej facet, czasem siedzi w sklepie już od dziesiątej – skrzywił się Paweł.

– Może masz lepszy pomysł? – zaperzył się Jarek.

– Jasne, że mam. Autobusy i tramwaje. Wsiadamy w czwórkę i robimy tłok, a jeden zbiera fanty. Baby wożą na wierzchu portfele i komóry, no nie?

– Nieźle – pochwaliła Marzena. – A ty co wymyśliłeś? – zwróciła się do Roberta.

– Ja mam dwa pomysły. Jeden, to cmentarze. Łażą tam takie stare próchna, że można każdemu coś gwizdnąć.

– Znicz albo badyle? Dziękuję bardzo! Na starych dziadygach się nie dorobimy – skrzywiła się Marzena.

– Mam jeszcze inny pomysł. Jedziemy do mojego wujka do Cieplic.

– A co, wujek prowadzi sanatorium? – zakpiła Marzena.

– Nie, tylko ma chatę, w której wynajmuje pokoje. Ale teraz zimno i plucha, mało kto jedzie na wczasy. A wujek ma hajsu! Jak w zeszłym roku przyjechali na komunię Maćka, to ciotka była obwieszona jak choinka, złoty łańcuch, kolczyki, trzy pierścionki. Maćkowi dali całego tauzena, słowo honoru!

– I co z tego?

– Jak to co? No to ja go odwiedzam z Czarnym, znaczy się z moim kumplem, a w nocy wpuszczamy Jarka i Pawła. Zwiążą i postraszą wujka i ciotkę, zgarną co się da, na to wpadniemy ja i Czarny, że niby słyszeliśmy hałas. Jarek i Paweł zwieją, a my ich powolutku rozwiążemy, by chłopaki mieli czas schować fanty i się gdzieś zamelinować. Dobre, co?

– No… Może i tak – zgodziła się Marzena.

< 1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze

[fbcomments]