To było dziecinnie proste – pomyślał Wojciech K. i dodał gazu. Wciąż jeszcze czuł przypływ adrenaliny, lufa pistoletu przyjemnie uciskała brzuch, a auto było super.

– Fajnie być gangsterem – mruknął pod nosem i włączył głośno radio. Właśnie grali „Dom wschodzącego słońca”.

Spojrzał we wsteczne lusterko. Żadnych świateł, za jego samochodem zamykała się ciemność. Dobrze wybrał drogę ucieczki. Boczna, mało uczęszczana asfaltówka zaprowadzić go miała do domu, a prawdopodobieństwo, że spotkałby na niej radiowóz było  bliskie zeru. „Zresztą, tamten był w takim szoku, że pewnie nie zdążył jeszcze zadzwonić po policję – myślał, zerkając na prędkościomierz. – Gliniarze na pewno nie będą kręcić się na takim odludziu. I chyba rzucę ten warsztat w diabły, kombinował dalej, mocno trzymając kierownicę. Nie opłaca się tak zasuwać. Tu jest lepszy i łatwiejszy pieniądz. Dopiero teraz poczuję, co to znaczy dobrze pożyć!”

Był listopadowy wieczór. Wojciech K. z prędkością stu dwudziestu kilometrów na godzinę oddalał się od Leszna, gdzie tymczasem rozpętało się prawdziwe piekło. Pół komendy postawiono już na nogi, a drugie pół czekało w pogotowiu.

Radiowozy na sygnale gnały na ulicę Borowikową, znajdującą się na niewielkim osiedlu domków jednorodzinnych pod samym lasem.

Dotąd było to jedno z najspokojniejszych osiedli w Lesznie, więc gdy oficer dyżurny, usłyszał o dokonanym tam napadzie, początkowo myślał, że chodzi o jakąś pomyłkę. Szybko jednak pozbył się jakichkolwiek  wątpliwości – w głosie telefonującego z informacją mężczyzny słychać było wprawdzie zdenerwowanie, ale mówił jasno i logicznie. Z jego słów wynikało, że kilka minut wcześniej, na ulicy Borowikowej, ktoś sterroryzował go bronią po czym ukradł mu Volkswagena Passata, a następnie wsiadł do niego i uciekł.

Może uda się go wam jakoś dogonić – mówił mężczyzna, ale chyba sam za bardzo w to nie wierzył.

– Zrobimy wszystko, co w naszej mocy. Natychmiast przystępujemy do akcji. Proszę być dobrej myśli – próbował uspokoić go przyjmujący zgłoszenie funkcjonariusz.

 

Opinia żony

Był w szoku – stracił ponad 25 tysięcy złotych. Od dłuższego czasu usiłował sprzedać swoje auto. Ogłaszał się, gdzie tylko mógł: w lokalnych gazetach, w radiu, także na Allegro. I to okazało się strzałem w dziesiątkę. Zaledwie po kilku dniach zadzwonił poważnie zainteresowany autem klient. Na dodatek mieszkał zupełnie niedaleko, bo w Lesznie.

Umówiłem się z nim wieczorem na stacji benzynowej – opowiadał Tomasz G. – Był wieczór, zapadł już zmierzch. Ustaliliśmy, że będę na niego czekał z zapalonymi światłami.

Klient, na oko trzydziestoletni mężczyzna, pojawił się punktualnie. Miał sympatyczny uśmiech i budzący zaufanie wygląd. Wsiadł szybko, bo zaczął siąpić deszcz.

Powiedział, że gdyby to od niego zależało, to brałby auto od ręki – mówił Tomasz G. – Niestety, musiał jednak skonsultować się z żoną, bez opinii której takiej decyzji nie mógł podjąć. Dodał uspokajająco, że na szczęście mieszka niedaleko i że podjedziemy pod dom, żeby małżonka obejrzała sobie samochód. Pojechałem zatem, gdzie mi powiedział. To było rzeczywiście niedaleko. Małe spokojne osiedle domków jednorodzinnych, wiele jeszcze w budowie. Zobaczyłem napis: ulica Borowikowa. Pomyślałem sobie, jaka sympatyczna nazwa.

Tamten wskazał nieotynkowany dom, w którym jednak paliło się światło. Tomasz G. podjechał pod płot i stanął. Klient wysiadł i poszedł w  kierunku furtki.

Nagle zawrócił, zupełnie jakby czegoś zapomniał – opowiadał Tomasz G. – Podszedł od mojej strony, otworzyłem więc okno. A on wtedy gdzieś zza paska wyjął spluwę, wycelował mi w oko i powiedział, żebym wysiadał i spier… Co miałem robić? Wysiadłem. Za to on wsiadł i z piskiem opon odjechał. Tyle go widziałem.

W skradzionym samochodzie zostały dokumenty Tomasza G. i jego telefon komórkowy. Nie miał więc nawet jak zadzwonić po policję.

Zaczął dobijać się do domu, w którym niby mieszkała żona złodzieja. Owszem, drzwi otworzyła kobieta, ale z całą sprawą oczywiście nie miała nic wspólnego. Podała jednak Tomaszowi G. telefon, a ten wezwał policję. Akcja nabrała tempa.

Tomasz G. szacował więc straty, a postawiona na nogi leszczyńska policja szukała bandyty i ustawiała blokady. Tymczasem skradziony Passat z Wojciechem K. za kierownicą coraz bardziej oddalał się od miasta.

Bułka z masłem, istna bułka z masełkiem – powtarzał do siebie co chwilę. Był bardzo zadowolony. Po pół godzinie wjechał już do rodzinnego miasteczka. Zaparkował na swoim podwórzu i czekał. Po kwadransie pod dom podjechał stary Fiat Uno. Prowadził go Sebastian M., wspólnik Wojciecha K. To on zawoził go na akcję do Leszna i ubezpieczał tyły.

 

Wojciech K. wyjął z deski rozdzielczej Volkswagena odtwarzacz CD i dał go Sebastianowi. To była jego dola. Potem znalazł jeszcze w schowku komórkę, portfel, a w nim dokumenty i 200 złotych. Dokumenty spalili od razu w piecu, a forsę postanowili przehulać. Jeszcze tej nocy pojechali kilkadziesiąt kilometrów do Poznania na dyskotekę. Obaj jak w transie. Czuli, jakby świat leżał u ich stóp. Pierwszy skok i żadnych problemów!

Jak chłopcy z miasta, jak prawdziwi fachowcy od takiej roboty – cieszyli się niczym dzieci. Jeszcze nie wiedzieli, że ich gangsterska kariera będzie bardzo krótka.

1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze