Tymczasem założenie podsłuchu w PRL-u było banalnie proste. W ogólnej centrali telefonicznej podpięte były tzw. kanały przesyłowe do komendy i to w centrali podpinano się pod linię telefoniczną konkretnego abonenta. W komendzie podłączano pod nią urządzenie rejestrujące każdy dźwięk od momentu podniesienia słuchawki telefonicznej w mieszkaniu. Potem odpowiedni pracownik odsłuchiwał nagrania i sporządzał stenogramy rozmów z takiego zapisu.

Przy okazji obalić należy inny mit. Wiele osób słysząc jakieś trzaski lub dziwne dźwięki w słuchawce, uważało, że rozmowa była podsłuchiwana. Nic bardziej mylnego!

To właśnie nagłe poprawienie się jakości dźwięku i brak trzasków i szumów mogło świadczyć o zainstalowaniu podsłuchu, bo przy okazji takiej instalacji czyszczono styki i dbano o dobrą jakość dźwięku, aby kolega, który później będzie odsłuchiwał nagrane rozmowy, miał jak najmniej kłopotów ze zrozumieniem ich treści.

Przeświadczenie o niezbędnych do podsłuchiwania „pluskwach” w słuchawce telefonu „zaszczepione” zostało prawdopodobnie przez amerykańskie filmy kryminalne, w których pokazywano, iż detektywi stosują takie właśnie metody. W Polsce tamtych czasów nie dysponowano takim sprzętem. Było to zresztą niepotrzebne. Jak obecnie uruchamia się policyjny podsłuch telefoniczny, nie napiszemy… Jest to z pewnością o wiele prostsze niż przed 1989 rokiem.

Innym zagadnieniem było stosowanie podsłuchów w mieszkaniu, które także stosowane były przez milicjantów. W tym przypadku konieczne było umieszczenie mikrofonu z odpowiednio silną baterią i urządzeniem nadawczym w mieszkaniu figuranta. Nadajnik miał słaby zasięg, więc dość blisko np. w sąsiednim mieszkaniu musiało funkcjonować urządzenie odbiorcze, przesyłające dźwięk z podsłuchu do komendy za pomocą linii telefonicznej. Czasami, gdy okoliczności sprzyjały, z sąsiedniego mieszkania wwiercano się jak najgłębiej w ścianę, aby tuż pod tynkiem, a jeszcze lepiej pod tapetą, umieścić sondę z mikrofonem. W tej sytuacji konieczna była zgoda i pełna współpraca sąsiada, przez którego linię telefoniczną dźwięk z podsłuchu wędrował do komendy. Aby spokojnie wwiercić się w ścianę, bardzo często osobę, którą chciano podsłuchiwać, wzywano do komendy na jakieś banalne przesłuchanie i zwalniano dopiero wówczas, gdy instalacja została zakończona. Sondę z mikrofonem umieszczano w mieszkaniu np. podczas przeprowadzanego w tym miejscu przeszukania, kiedy w mieszkaniu przebywało kilku policjantów i łatwo było o taką dyskretną „podrzutkę” np. za szafę.

W czasach przed 1989 rokiem znaczną większość hoteli w Polsce stanowiły obiekty państwowe, a i te prywatne były pod ścisłą kontrolą Służby Bezpieczeństwa i Milicji Obywatelskiej. W wielu z nich działała zamontowana na stałe instalacja podsłuchowa, z której, za zgodą SB, czasami korzystała także MO. Wiadomo przecież, że oprócz gości zagranicznych w hotelach zawsze chętnie zatrzymywali się wszelkiej maści przestępcy urządzający w nich nie tylko spotkania męsko-damskie i libacje, ale także prawdziwe przestępcze narady. Wystarczyło wówczas, że w recepcji dostali klucz do odpowiedniego pokoju z instalacją, a milicjanci mieli doskonałą transmisję z narady.

Kiedy po 1990 roku hotele zaczęły przechodzić w prywatne ręce, niektórzy właściciele wiedzieli lub szybko zorientowali się, jaką instalacją dysponują. Nie demontowali jej, ale raczej usprawniali. Wiele osób np. znanych polityków boleśnie przekonało się później, że w pokojach hotelowych nie należy prowadzić poufnych rozmów ani spotykać się z innymi kobietami niż własna żona.

Przed 1989 rokiem bardzo bolesną wiedzę zdobywali także przedstawiciele ówczesnej opozycji politycznej, którym zdarzyło się spędzić noc w hotelu w sposób, który chcieliby utrzymać w tajemnicy. Od takiej nocy w hotelu do współpracy z SB była już z reguły krótka droga.

Obecnie dzięki takim zdobyczom techniki jak urządzenia nasłuchowe czy mikrofony kierunkowe podsłuchiwanie rozmów stało się banalnie proste. Jedynym utrudnieniem jest ilość prowadzonych rozmów, czyli tzw. tłok w eterze i możliwość rozmów i wysyłania wiadomości za pomocą różnych komunikatorów. Milicjanci nie mieli z tym problemu. Do każdego numeru telefonu był przypisany adres właściciela, więc ustalanie rozmówcy nie stanowiło problemu. Podobnie było ze sprawdzaniem właściciela samochodu i innymi ustaleniami. I chyba dzięki temu, nie dysponując zaawansowaną techniką, milicjanci byli w stanie rozwiązać wiele skomplikowanych spraw kryminalnych.

 

Żelazna reguła

Trzeba jednak pamiętać, że zdarzało się, iż w przypływie poczucia bezradności, co bardziej prymitywni funkcjonariusze stosowali wobec podejrzanych przemoc. Konkretne osoby aresztowano albo tylko zamykano na noc w celi, aby zmusić je do przekazania informacji, o których mówić nie chciały. Były to tzw. ciemne strony postępowania ówczesnych funkcjonariuszy i przez ich pryzmat teraz opisuje się działania milicjantów w tym okresie. Niestety obecnym stróżom prawa również zdarza się stosowanie przemocy czy tzw. areszt wydobywczy. Zdarza się to na całym świecie w myśl żelaznej reguły: im bardziej prymitywny i gorzej wyszkolony policjant, tym prawdopodobieństwo stosowania niedozwolonych metod jest większe. Powinni o tym pamiętać wszyscy oszczędzający na szkoleniu policjantów.

 

Dariusz Gizak

< 1 2 3

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze

[fbcomments]