Najwyższa ranga prostytutek w XVIII wieku to utrzymanki: kobiety niezwykłej urody, sprzedające swe wdzięki za astronomiczne sumy. Mieszkały w podarowanych im pałacykach, gdzie zapewniano zaspokajanie ich wyszukanych potrzeb i opłacano służbę.

Wśród tych wysokich pięter płatnego nierządu najbardziej poczesne miejsce zajmowały metresy królewskie. Lista tych monarszych nałożnic była powszechnie znana; we Francji odgrywały one ogromną rolę na dworze Ludwika XV i Ludwika XVI. Wywierały nawet wpływ na życie polityczne kraju, od nich zależały królewskie fawory, one niszczyły kariery jednych, inni właśnie im je zawdzięczali. Nic więc dziwnego, że dworacy zabiegali o ich względy, co wiązało się z dodatkowymi profitami.

Prócz tych oficjalnych metres, które królowie zmieniali niezbyt często, Ludwik XV miał do wyłącznej dyspozycji swój osobisty „harem”, do którego niejaka Mére Bombart, rajfurka, dostarczała mu ciągle świeżych dziewcząt. Mieszkały one w specjalnie w tym celu wynajętym domu, zlokalizowanym w wersalskim Jelenim Parku, stąd też nazwa owego budyneczku: „Jeleni park”. Przyjmowano do tej „instytucji” dziesięcioletnie panienki na ogół z dobrych domów i przez kilka lat uczono zasad savoir-vivru, literatury, muzyki, tańca i innych pożytecznych umiejętności; po jakimś czasie przedstawiono je królowi, który korzystał z ich wdzięków aż do znudzenia.

Królewskie dzieci przekazywano mamkom, a zaszczycone łaskami panienki dostawały posag i wychodziły dobrze za mąż.

Inni monarchowie naśladowali swego francuskiego „brata”. Nawet nasz „król Staś” – Stanisław August Poniatowski, sybaryta lubiący używać zmysłowych rozkoszy, chociaż nie posiadał swego „jeleniego parku”, ale miał za to liczne „panie Bombart”, które wynajdowały mu godne uwagi piękności. Najbardziej wyróżniał on niejaką „Lulierkę”, jak nazywano Francuzkę o nazwisku Lhulier. Ta faworyta przez trzydzieści lat rządziła królem najpierw jako jego kochanka, a potem rajfurka. Król wynagradzał ją niezwykle hojnie: razem wydał na nią ponad 40 tysięcy dukatów, co stanowiło wówczas spory majątek.

Trudno też przypuszczać, by Henrietta Lhulier, mająca tak wielki wpływ na króla, nie pobierała znacznych sum od rezydentów dworów ościennych, a także od ludzi, którzy pragnęli zaszczytów lub zabiegali o przetarcie drogi do kariery. Pamiętnikarze twierdzą, że lokowała miliony w zagranicznych bankach i zebrała kolekcję brylantów nieprzeciętnej wielkości. O jej pałacyku opodal Łazienek opowiadano cuda i chociaż nie przyjmowano jej oficjalnie w arystokratycznych salonach, właśnie ona nadawała ton stołecznej modzie, a jej karety budziły ogólny podziw, gdy pełna dumy przejeżdżała Krakowskim Przedmieściem. Taka parada w czasie Insurekcji omal nie skończyła się dla niej bardzo źle: rozwścieczony tłum wywlókł osławioną „Lulierkę” z ekwipażu; z opresji uratował ją z niemałym trudem oficer ze szwadronem gwardii.

Niewątpliwą rajfurką była też Katarzyna de Tomatis, która razem ze swym mężem, Karolem, trzęsła całym dworem. Para ta robiła przy królu – mającym dziwną słabość do wszystkich hochsztaplerów – kokosowe interesy, pośrednicząc i w miłostkach, i w różnych ciemnych sprawach.

 

W licznym gronie królewskich utrzymanek wyróżniała się również niejaka Malczewska, którą pewien magnat wyłowił w jednym z miejscowych zamtuzów. Kolejny „sponsor” kazał ją malować Bacciarellemu i wkrótce została jego ulubioną modelką („brała co miesiąc dukatów dwanaście, łyskając d… razy kilkanaście” – napisano we krążącym po mieście wierszyku). Ponieważ król traktował „malarnię” mistrza jako główniejsze miejsce łowów – niebawem została jego kochanką. Poślubiła następnie wachmistrza marszałkowskiej policji, który dzięki niej szybko awansował, a skończyła jako właścicielka dobrze prosperującego domu publicznego już w czasach Królestwa Polskiego. W ten sposób dwie epoki płatnego nierządu podały sobie ręce.

Stanisław Milewski

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze