Z relacji sąsiadów wynikało, że staruszka była osobą niezwykle ostrożną i raczej nigdy nie wpuszczała do mieszkania nieznanych jej ludzi. Dokładne oględziny drzwi wejściowych nie ujawniły tam żadnych śladów włamania. Wiele wskazywało na to, że kobieta w dobrej wierze sama wpuściła zabójcę do swojego mieszkania. O dziwo nikt nie słyszał żadnych odgłosów szamotaniny, ani wołania o pomoc. Czyżby zatem ofiara znała napastników? Może był to ktoś z kręgu jej znajomych, ktoś, kto wykorzystał jej łatwowierność, wszedł do mieszkania i dopiero po zamknięciu przez właścicielkę drzwi wejściowych rzucił się na nią i udusił?

Pani Janina uchodziła za osobę bardzo zamożną, co akurat było zgodne z prawdą. Jak opowiadała potem jej siostra, pani Janina K. miała grubą na kilkanaście centymetrów paczkę bonów lokacyjnych o nominale 250 złotych każdy (średnia pensja wynosiła wtedy około 5 tysięcy złotych), do tego bliżej  nieokreśloną ilość biżuterii i bonów dolarowych.

Milicyjni dochodzeniowcy w 1980 roku mieli trudny orzech do zgryzienia. W mieszkaniu nie udało się zabezpieczyć żadnych interesujących śladów. Wprawdzie w pomieszczeniach były różne odciski linii papilarnych, ale najprawdopodobniej należały one do przypadkowych gości pani K. Na kablu, którym ją uduszono oraz na szmacie, której użyto do zakneblowania nie było żadnych śladów co mogło sugerować, że zabójca (zabójcy) najprawdopodobniej działali w rękawiczkach.

Pani Janina przed kilkoma miesiącami padła już ofiarą napadu rabunkowego we własnym mieszkaniu. To było na początku lipca 1980 roku. Zamaskowany mężczyzna napadł na nią kiedy otwierała drzwi wejściowe, potem pchnął do korytarza gdzie zadał jej kilka ciosów w głowę narzędziem podobnym do grubego kabla, ponadto dusił. Kobieta nie straciła mimo to zimnej krwi. Broniła się, zaczęła głośno wzywać pomocy. Bandyta nie był chyba przygotowany na taką reakcję i próbował salwować się ucieczką. Rabusiem okazał się Janusz A., mieszkaniec Bielska-Białej. Podczas przesłuchania zapewniał, że działał w pojedynkę i nie miał żadnych wspólników.

Milicjanci zaczęli się zastanawiać, czy zabójca miał coś wspólnego z tamtym napadem? Było to o tyle ważne, że z ustaleń operacyjnych wynikało, że w złodziejskim półświatku w Bielsku-Białej krążyły opowieści o skoku, jakiego dwóch tamtejszych przestępców miało dokonać na jakiś bogate mieszkanie, właśnie w Chorzowie. Dyskretnie przepytywano taksówkarzy, czy któryś z nich nie jeździł ostatnio do tego śląskiego miasta. Okazało się, że niejaki Damian Z., właściciel Fiata 125, wiosną tego roku odbył tam trzy kursy – zawsze do centrum miasta. Zawoził tam starszą kobietę, (po okazaniu mu zdjęcia Janiny K. nie miał wątpliwości, że to ją właśnie woził), zawsze pomagał jej zanieść bagaże na górę, za co dostawał ekstra napiwek. Był oczarowany jej mieszkaniem, które wyglądało na prywatne muzeum dzieł sztuki. Opowiadał o tym wielu kolegom, nie można wykluczyć, że w ten sposób informacja ta dotarła do złodziei, którzy postanowili obrabować starszą panią.

Najprawdopodobniej drogą operacyjną ówczesnej milicji udało się ustalić, że za napadami na chorzowską wdowę stoi 23-letni Piotr W., który już wtedy znany był organom ścigania. Zajmował się przemytem, paserstwem i kradzieżami. W bielskim półświatku krążyła fama, że szukał wspólnika, który pomógłby mu w napadzie na jakąś samotną, bogatą staruszkę gdzieś pod Katowicami. Jeden z taksówkarzy stwierdził, że W. dwukrotnie zamawiał u niego kurs do Chorzowa….

 

Milicjanci jeszcze raz wzięli w krzyżowy ogień pytań Janusza A. Mężczyzna przyznał się, że do włamania namówił go Piotr W. Przyjechali razem do Chorzowa, gdzie Piotr W. wskazał mieszkanie pani Janiny. To on miał być inicjatorem lipcowego „skoku”. Czy Piotr W. stał również za październikowym napadem i zabójstwem? Chyba tak! Na razie to były tylko poszlaki, ale coraz mocniej obciążały one młodego mężczyznę. Nie udało go się przesłuchać, gdyż Piotr W. wyjechał z miejsca zamieszkania w nieznanym kierunku… i wszelki słuch po nim zaginął. Dla milicji był to kolejny dowód na to, że mężczyzna musi mieć coś na sumieniu i dlatego wydano za nim list gończy.

Zatrzymano go kilka tygodni później podczas próby nielegalnego przekroczenia granicy między Polską i Czechosłowacją. Z racji poszukiwań listem gończym, niemal natychmiast przewiezionego go do aresztu w Chorzowie, gdzie następnego dnia został przesłuchany przez prokuratora na okoliczność zarzucanych mu przestępstw. Piotr W. cały czas wypierał się jakichkolwiek związków z napadami i zabójstwem Janiny K. Zapewniał, że w ogóle nie znał takiej osoby, zresztą nigdy nie był nawet w Chorzowie. Nie przekonał jednak ani milicjantów, ani prokuratora, którzy postanowili poddać go badaniu na wariografie, co było rzadkością na początku lat 80. Badanie wykazało, że mógł mieć związek z zabójstwem… ale to jeszcze nie był żaden dowód. Żaden ze śladów linii papilarnych w mieszkaniu zamordowanej nie należał do niego, milicja poza tym nie miała na niego żadnego haka. Po kilkutygodniowym pobycie w areszcie Piotr W. został wypuszczony na wolność. Śledztwo w sprawie zabójstwa Janiny K. pod koniec 1981 roku zostało umorzone z powodu niewykrycia sprawcy przestępstwa.

 

Wiem, kto zabił

Być może zabójstwo Janiny K. należałoby do spraw nigdy niewykrytych, ale na szczęście ćwierć wieku później na policję zgłosił się mężczyzna, który zdecydował się wskazać sprawcę tamtego dramatu. 30 maja 2006 roku Antoni M. w obecności śląskich funkcjonariuszy złożył dobrowolne oświadczenie na temat zdarzenia, do którego doszło w 1980 roku.

Antoni M. zeznał, iż jego znajomy z Bielska-Białej – Piotr W. – jesienią 1980 roku namówił go na wspólny wyjazd do Chorzowa. Nie potrafił dokładnie wskazać budynku, ale na pewno było to w centrum miasta. Piotr W. wskazał mu mieszkanie, do którego miał zadzwonić i powiedzieć, że jest pracownikiem poczty i przyniósł telegram.

Kiedy otworzyła mi starsza kobieta, Piotr W. zbiegł z półpiętra z nałożoną na głowę pończochą, rzucił się na nią, a chwilę później przewrócił ją w mieszkaniu na podłogę i skrępował, wkładając do ust knebel – relacjonował tragiczne wydarzenia sprzed prawie ćwierć wieku. – Ja zostałem w przedpokoju bo byłem sparaliżowany ze strachu. Nie wiedziałem, że tak rozwinie się sytuacja, byłem zszokowany takim obrotem zdarzeń.

< 1 2 3 4 5>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze

[fbcomments]