W tym czasie Piotr W. przeszukiwał mieszkanie denatki. Co i ile zabrał, Antoni M. nie był w stanie powiedzieć, zapamiętał jedynie, że najprawdopodobniej wyszli z mieszkania z pustymi rękami. Czy jego kompan ukrył jakieś złoto, pieniądze lub kosztowności w kieszeniach spodni lub kurtki? Na to pytanie przesłuchiwany nie był w stanie odpowiedzieć.

Kilkanaście minut później wsiedli do Fiata 126p, którym przyjechali do Chorzowa i ruszyli w drogę powrotną do Bielska-Białej. Nikt ich nie gonił, nie musieli się spieszyć. Byli jednak bardzo spięci i zdenerwowani. Jeśli wierzyć zeznaniom Antoniego M., kilkudziesięciokilometrowa podróż minęła im w całkowitej ciszy:

Było to dla mnie wielkim przeżyciem i nie byłem w stanie rozmawiać o tym, co się stało, zresztą Piotrek też nie podejmował tego tematu. Kilka dni później powiedział mi, że ta kobieta nie żyje bo udusiła się z powodu polipów w nosie. Ja bardzo żałuję tego wszystkiego co się stało, chociaż naprawdę nie miałem na to żadnego wpływu. Ja do dzisiaj codziennie modlę się za tę osobę. Czułem się oszukany przez Piotra W., ponieważ on poprosił mnie o dostarczenie telegramu do mieszkania, które mi wskazał, a ja nie wiedziałem, że ma zamiar okraść tę kobietę. Zgodziłem się tylko dostarczyć telegram w ramach przyjacielskiej przysługi.

Antoni M. kilka dni później podtrzymał swoją relację w prokuraturze: „do złożenia zeznań skłoniło mnie to, że czuję się moralnie zobowiązany do tego, aby Piotr W. odpowiedział za to wszystko, co zrobił. Nadto nie chcę, aby innym stała się krzywda z jego strony gdyż jest to człowiek zagrażający otoczeniu”.

Dlaczego nigdy wcześniej nie poinformował pan nas o tym zdarzeniu? – dociekał prokurator.

– Bałem się zemsty ze strony Piotra W. – odpowiedział. – Gdyby policja zaczęła się nim interesować w kontekście tamtego zdarzenia, on od razu domyśliłby się, że to ja go wsypałem. Tylko ja wiedziałem, że to on zamordował tamtą kobietę. Dopiero teraz wiem, że nic nie może mi zrobić bo został skazany na 15 lat więzienia za inne przestępstwa. (Piotr W. został skazany za podżeganie do zabójstwa mężczyzny, który nie chciał mu sprzedać atrakcyjnej działki na Podbeskidziu; wyrok 15 lat więzienia, który zapadł w pierwszej instancji, w trakcie rozprawy apelacyjnej został obniżony o cztery lata – przyp. redakcji)

Antoni M. miał całkiem realne podstawy, by obawiać się swego kompana. Kiedy w 1980 wracali z Chorzowa do domu, Piotr W. ostro przykazał mu, by nigdy nikomu nie mówił o napadzie, bo jak będzie miał zbyt długi język to mocno tego pożałuje. Potem jeszcze kilka razy przypominał mu, że ma zachować milczenie do grobowej deski o tym, czego był świadkiem w Chorzowie w 1980 roku.

 

Gdzie są akta?

Dla śląskiej policji to były rewelacyjne informacje. Zabójstwo w 1980 roku wdowy po sławnym ginekologu było jedną z głośniejszych, nigdy niewyjaśnionych spraw kryminalnych. Pomimo, że kilkakrotnie wracano do niej przy okazji innych dochodzeń, nie udało się znaleźć żadnego punktu zaczepienia. Tymczasem w 2006 roku zupełnie niespodziewanie zjawił się człowiek, który wskazał sprawcę i nie miał żadnych wątpliwości, kto jest sprawcą zabójstwa Janiny K., bo był razem z nim na miejscu zdarzenia. Wystarczyło tylko dotrzeć do materiałów milicyjnych sprzed ćwierć wieku, zapoznać się ze zgromadzonymi aktami umorzonego wówczas śledztwa, podjąć je na nowo i doprowadzić domniemanego sprawcę przed oblicze Temidy, która wymierzy mu karę za dokonaną zbrodnię.

Teoretycznie wszystko było bardzo proste. I wtedy pojawiły się pierwsze problemy. Okazało się, że nie zachowały się żadne materiały z prowadzonego w 1980 roku śledztwa, bowiem z niezrozumiałych do dzisiaj przyczyn w 2002 roku zniszczono milicyjne akta z materiałem dowodowym. A było tego całkiem sporo: kilkanaście tomów, z czego jeden był pełen zdjęć. Wszystko bezpowrotnie przepadło. Nie zachowały się protokoły przesłuchań świadków i podejrzanych, żadne dowody materialne, nawet odciski palców  zabezpieczone na miejscu zabójstwa. Pozornie sprawa mogła wydawać się beznadziejna.

Jedno było pewne: rzeczywiście w 1980 roku doszło w Chorzowie do zabójstwa bogatej wdowy i rzeczywiście oskarżany w tej sprawie przez Antoniego M. Piotr W. przewijał się jako podejrzany w tej sprawie. Ale nie było żadnej dokumentacji tamtej sprawy. Biorąc pod uwagę, że to na prokuraturze ciąży obowiązek udowodnienia winy, wydawało się mało realne, że kiedykolwiek zostanie sporządzony akt oskarżenia. Co gorsza – śledczy nie mieli zbyt wiele czasu bo w październiku 2010 roku sprawa ulegała przedawnieniu. I policja, i prokuratura miała świadomość, że zaczyna się wyścig z czasem!

Najpierw udało się odnaleźć kopię sekcji zwłok, na tej podstawie ustalono szczegóły ran odniesionych przez denatkę.

Bez większych trudności ustalono nazwiska funkcjonariuszy, którzy w 1980 roku pracowali w wydziale kryminalnym chorzowskiej milicji. Większość z nich była już na emeryturze, ale stosunkowo szybko dotarto do tych, którzy uczestniczyli w śledztwie w sprawie zabójstwa Janiny K.

Dzięki ich relacjom przybywało szczegółów na temat poczynionych wówczas ustaleń. Potem rozpoczęło się mozolne postępowanie w celu odtworzenia akt sprawy: spośród czterdziestu osób, podejrzanych lub świadków, które przewinęły w tamtej sprawie, ustalono aktualne adresy zamieszkania zaledwie piętnastu. Dobre i to!  Dotarto do nich, rozpoczęły się rozmowy, które miały na celu ustalenie w jakim celu były rozpytywane w 1980 roku, co zeznały, co jeszcze pamiętają z okoliczności zabójstwa Janiny K.

Były zwycięstwa, ale były też porażki: nie udało się dotrzeć do kopii badania wariografem. Wprawdzie udało się ustalić, że przeprowadzono je w katedrze kryminalistyki Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego, ale ponieważ w tym czasie dwukrotnie zmieniała ona siedzibę, z powodu przeprowadzek nie ustalono, gdzie może się znajdować oryginalny dokument).

< 1 2 3 4 5>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze

[fbcomments]