Władysława C. nie była szczególną pięknością. Za dużo ostrych krawędzi, za mało krągłości. Tuzinkowa twarz. I jeszcze to niemodne imię (po prababci). Pomimo tych przeszkód 28-letnia panna Władzia uchodziła w okolicy za najlepszą kandydatkę na żonę. 

Ale to nie była jej zasługa, tylko jej rodziców. A ściślej rzecz ujmując czterech tysięcy drzewek owocowych, rosnących w ich sadach. Przynosiły one dochód, czyniący z państwa C. bodaj największych lokalnych krezusów. Mieszkali w okazałej, otoczonej solidnym murem rezydencji na skraju Sz., każde z członków rodziny jeździło własnym, odpowiedniej klasy samochodem. Stan posiadania ich rozlicznych lokat bankowych mógłby z powodzeniem załatać dziurę w budżecie gminy.

Toteż – przykra sprawa – tabunowi kawalerów, robiących maślane oczy do Władysławy, chodziło nie tyle o nią samą, ile o majątek rodziców. Ci zdawali sobie naturalnie z tego sprawę i jeśli wyczuwali, że kandydatowi na zięcia bardziej zależy na ożenku z sadem niż z ich córką, starali się wszelkimi dostępnymi sposobami wyperswadować delikwentowi taki pomysł.

Być może z tego powodu, panna Władzia, mimo iż zbliżała się do trzydziestki, wciąż pozostawała w panieńskim stanie.

 

* * *

29-letni Tomasz P. pracował jako kasjer w niedawno uruchomionym w Sz. supermarkecie. I właśnie w sklepie poznał Władysławę C., która często robiła tu zakupy. Początkowo nie zwracał szczególnej uwagi na mało atrakcyjną dziewczynę. Tyle ładniejszych i zgrabniejszych obsługiwał, więc nie ma się co dziwić, że „brzydulę” lekceważył. Ale do czasu.

Czy wiesz, komu przed chwilą wydawałeś resztę ze stówki? – spytał go pewnego razu kolega z sąsiedniej kasy. Akurat w sklepie nie było dużego ruchu i mogli sobie uciąć pogawędkę. Tomasz P. spojrzał za oddalającą się Władysławą z wypełnionym wózkiem i niedbale wzruszył ramionami.

Nie mam pojęcia. A powinienem mieć? – zapytał. Do pracy przyjeżdżał z wioski odległej od Sz. o prawie 20 kilometrów i w związku z tym nie orientował się zbytnio w zasobności portfeli miejscowych obywateli.

Stary, toż to Władka, nasza milionerka – kolega zaczął w barwny sposób opowiadać Tomkowi o owocowym imperium, marmurowych balustradach i  złoconych klamkach. Ma się rozumieć, nadmienił, że dziedziczka tej fortuny nie wyszła dotąd za mąż, choć niewątpliwie czas ku temu był już najwyższy.

Tomasz P. chłonął te wiadomości niczym wyschnięta ziemia długo oczekiwane strumienie deszczu. Naturalnie, widywał stojącą przy wjeździe do Sz. okazałą rezydencję sadowników. Nie przypuszczał natomiast, że osobą, którą niemal codziennie obsługuje w sklepie, jest jedyna córka właścicieli tej „wypasionej” chałupy – dziewczyna która niewątpliwie czeka na swojego księcia z bajki.

Długo potem o niej myślał. W jego głowie zakiełkował plan ułożenia sobie wygodnego, wolnego od trosk życia. Do miana księcia z bajki bynajmniej nie aspirował. Uważał jednak, że nie byłoby źle wżenić się w te duże owocowe ogrody. Ba – mogłoby to okazać się najlepszą rzeczą w jego dotychczasowym życiu.

 

Miał świadomość, że jest młodym, przystojnym mężczyzną, który podoba się kobietom i wie co zrobić, by podobać im się jeszcze bardziej. Aczkolwiek zdawał sobie sprawę, że walory te mogą się okazać niewystarczające, gdyby zamierzał startować do Władki. Bo chociaż dziewczyna nie grzeszyła urodą, to i tak mogłaby mieć takich Tomków na pęczki. Dzieliła ich finansowa przepaść. Ona była córką milionerów. On natomiast golcem na śmieciowej umowie o pracę. Ona już wkrótce zarządzać będzie wartymi grube miliony sadami, a on zestarzeje się, wybijając na kasie należność za paczkowane wędliny i papier toaletowy. Był nikim. Jak ona bezosobowo na niego patrzyła, gdy ją obsługiwał!

To niejedyna przeszkoda. Nawet zakładając, że jakimś sposobem zdobyłby przychylność dziewczyny, to raczej wątpliwe jest, by jego czar tak samo podziałał na rodziców Władysławy. Skoro dorobili się takiej kasy, to z pewnością są ludźmi nie w ciemię bitymi.   Nagłe zainteresowanie kasjera z supermarketu ich niezbyt urodziwą córką mogłoby zrodzić w bogatych sadownikach podejrzenia, że amantowi zależy przede wszystkim na wejściu do zamożnej rodziny. I pokazaliby mu drzwi, zanim jeszcze przekroczyłby próg ich złotego pałacu…

Co mi jednak szkodzi spróbować – stwierdził beztrosko. Zdążył dowiedzieć się tego i owego o Henryku C. Informacje nie były szczególnie zachęcające.

Ojciec Władysławy twardą ręką rządził swoim imperium i nie był specjalnie sentymentalnym ani mającym jakieś skrupuły mężczyzną. Z pewnością, jak każdy ojciec, nie dałby skrzywdzić swojego dziecka.

Mimo to, Tomasz postanowił popróbować owoców z jego sadu. Nawet jeśli rozszyfrowałby jego prawdziwe zamiary względem córki, to przecież takie działania karalne nie są, więc co mu kto zrobi?

Niczym zatem nie ryzykował. Najwyżej przez jakiś czas poudaję zakochanego frajera – uśmiechnął się złośliwie.

 

* * *

Pierwsze kroki okazały się zdumiewająco łatwe. Władysława nie zastanawiała się ani sekundy, gdy pewnego dnia, po zainkasowaniu od niej należności za wiktuały, zaproponował randkę. Wyczuł, że dziewczyna nie marzy o niczym innym jak tylko o czułym „sam na sam” z przystojnym chłopakiem.

Niewątpliwie brakowało jej tego. Rodzice w obawie przed drapieżnością łowców posagów decydowali za córkę z kim może się spotykać, a z kim nie. Być może propozycję Tomasza potraktowała jako okazję do wyrwania się spod tej męczącej kurateli, i dlatego skwapliwie przystała na to spotkanie.

1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze