Widok był tak dramatyczny i przerażający, że ten twardy, bezkompromisowy mężczyzna popłakał się jak paroletnie dziecko. Ze wszystkich drzew wiśniowych w tym sadzie ( a było ich blisko 500) została zdarta kora. Kilkadziesiąt drzew zostało połamanych. Zniszczenia były tak ogromne, że można by pomyśleć, że przez sad przetoczyło się stado bawołów afrykańskich. Nie ulegało jednak wątpliwości, że zrobił to najbardziej niebezpieczny i bezwzględny ze wszystkich gatunków, czyli człowiek.

Henryk C. oszacował powstałe straty na ćwierć miliona złotych. Powiadomił policję, która wszczęła dochodzenie w tej nietypowej sprawie. Ustalono, że ogrodowy zamachowiec dostał się na teren sadu pokonując metalowe ogrodzenie. Dzieło zniszczenia zostało dokonane ostatniej nocy. Wieczorem poprzedniego dnia wszystkie drzewka wiśniowe były bowiem zdrowe i dorodne. Sprawca posłużył się specjalną piłą, używaną przez ogrodników do korowania drzew.

 

* * *

Zagadką pozostało natomiast, kto zniszczył owocowy majątek. Właściciel przynoszących milionowe zyski sadów nie zainstalował żadnego systemu monitoringu, nie zatrudniał też choćby jednego ochroniarza. Uważał to za zbędny wydatek. Zapewne nie przypuszczał też, że ktoś ośmieli się wejść bez zezwolenia na teren jego posiadłości.

Dla nikogo nie było tajemnicą, że bogaci właściciele sadów owocowych nie cieszyli się w Sz. szczególną sympatią. Ludzie nie lubili ich, bo C. byli bardzo zamożni i ustosunkowani. Nie była to tylko bezinteresowna sąsiedzka zawiść.

Kilka lat temu jeden z sezonowych pracowników miał poważny wypadek. Henryk C. nie zapłacił mu grosza odszkodowania, chociaż do zdarzenia doszło z ewidentnej winy właściciela sadu, który oszczędzał na zabezpieczeniach i odzieży ochronnej. – Miał jednak układy i wykpił się biedakowi w żywe oczy – powiedzieli śledczym mieszkańcy Sz. – „W ogóle ci C. ludzi mają za nic, traktują pracowników jak chłopów pańszczyźnianych, nie płacąc na czas i obrzucając ich wyzwiskami”.

Sprawdzono kilkanaście osób, którym właściciele sadów najmocniej zaszli za skórę. Ale ten trop wiódł donikąd. Wszyscy, których policja wzięła pod lupę, mieli alibi na czas popełnionego przestępstwa. I wtedy Barbara C. przypomniała sobie Tomasza P., z którym sympatyzowała ich córka. – Ten młody człowiek miał, jak się wydaje, poważniejsze zamiary wobec Władysławy. Niestety, nie przypadł nam do gustu…

I powiedzieliście mu to? – spytali policjanci.

– Chcieliśmy, ale on nagle zniknął. To znaczy, było tak: tydzień temu został u nas na noc, ale rano już go nie było. Od tego czasu się nie odezwał. Do pracy (pracuje w tym nowym supermarkecie) też nie przychodzi. Władzia, wrażliwe dziecko, martwi się o niego…

 

* * *

Policja bez trudu ustaliła adres zamieszkania Tomasza P. i złożyła mu wizytę. Mężczyzna przebywał na urlopie. Na wieść o tym, jakie nieszczęście spotkało ojca jego znajomej, Władysławy C. zrobił zbolałą minę, ale też zdziwił się czego policja chce od niego w związku z tą przykrą sprawą. – Chyba nie przypuszczacie, że ja zniszczyłem te wiśnie? I ta uwaga była klasycznym „strzałem w stopę”.

Tomasz P. powiedział o jedno słowo za dużo. Policjanci wspomnieli bowiem tylko ogólnikowo o zniszczeniu sadu. Tomasz P. zdradził się jednak, że wie, iż zniszczone zostały wiśnie…

Podczas przeszukania wiejskiego domu rodziców 29-latka, znaleziono piłę służącą do korowania drzew. Tomasz P. kupił ją w specjalistycznym sklepie ogrodniczym w przeddzień swojego „zamachu” na sad niedoszłego teścia. W tej sytuacji Tomasz P. przyznał się, że pod osłoną nocy wszedł do jednego z sadów owocowych należących do Henryka C. i przy pomocy wspomnianej piły pozbawił kory około 500 wiśni. Uznał jednak, że to za mało i dodatkowo kilkadziesiąt drzewek połamał.

Początkowo utrzymywał, że motywem przestępstwa była… chęć wzbudzenia litości sąsiadów do rodziny C. – Ludzie im zazdrościli majątku, oskarżali o oszustwa i inne rzeczy. Nie mogłem tego słuchać. Pomyślałem więc sobie, że jeśli zniszczę któryś z sadów, to nie będą im już tak zazdrościć a może i zaczną się litować jak nad każdym, kogo spotyka nieszczęście… Wtedy ludzie stają się dobrzy, szlachetni i życzliwi. Jaka szkoda, że nie są tacy na co dzień…

Wyjaśnienie – trzeba przyznać – było bardzo osobliwe, ale niestety prokurator nie uwierzył w szlachetne pobudki podejrzanego i w jego wyjątkową wrażliwość. Ponad wszelką wątpliwość ustalono w śledztwie, że Tomasz P. zniszczył wiśniowy sad z zemsty za to, że Henryk i Barbara C. nie chcieli, żeby się spotykał z ich córką.

Odpowiadał za włamanie i zniszczenie mienia znacznej wartości. Nie był dotychczas karany, miał dobrą opinię, więc sąd potraktował go łagodnie. Tomasz P. został skazany na dwa lata więzienia w zawieszeniu na pięć; sąd zobowiązał go również do naprawienia szkód. To ostatnie chyba jednak pozostanie w sferze pobożnych życzeń, bo w jaki sposób nieposiadający żadnego majątku mężczyzna zgromadzi dwieście pięćdziesiąt tysięcy zł?

Nie liczy na to sam poszkodowany. W ciągu niespełna dwóch lat udało mu się własnymi siłami zrekonstruować zniszczony sad. Zamierza też zainwestować w przetwórnię płodów rolnych. Ponadto kupił wreszcie kamery i zainstalował je na terenie gospodarstwa. A Władysława nadal panną jest…

 

Karol Rebs

Zmieniono personalia i niektóre szczegóły.

< 1 2 3

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze