Donahue wykonał pierwsze nieudane próby skontaktowania się z pogotowiem policyjnym. Jego telefon komórkowy miał słaby zasięg. Tuż przed godziną pierwszą w nocy odpowiedział operator biura szeryfa w hrabstwie Frederick. Przyjmując rewelacyjne zgłoszenie poprosił kierowcę o dalszą współpracę i niespuszczanie z oczu podejrzanego samochodu.

 

Ruchoma forteca

Był już czwartek, 24 października 2002 roku. Jeszcze kilkanaście minut i trwający 23 dni koszmar miał dobiec końca. Policja stanu Maryland zamknęła znaczny odcinek trasy numer 70. Szybko skontaktowano się z kierowcami ciężarówek drzemiącymi w kabinach na parkingu. Dwóch z nich ustawiło swe kolosy tak, by z obu stron blokowały wyjazd. Wkrótce na zamkniętej trasie zaroiło się od pojazdów wszystkich służb lokalnych, stanowych i federalnych już od trzech tygodni biorących udział w polowaniu na mordercę. Policjanci i agenci tych służb obserwowali z bezpiecznej odległości prostą robotę w wykonaniu dostarczonej helikopterami specgrupy. Do akcji włączono ponad stu agentów i komandosów. Przygotowania do finału trwały dwie godziny. Wewnątrz starego Chevroleta spali dwaj ludzie, którzy powinni być ujęci już dawno temu. Przecież policja sprawdzała ich samochód już osiem razy.

Później nie szczędzono złośliwych komentarzy. „Słoń zapolował na mrówkę!” –  mówili ludzie. Krytykowano strategię trzytygodniowej akcji poszukiwania przestępców, z wykorzystaniem najlepiej wyszkolonych sił ludzkich oraz najnowszej techniki, z samolotami szpiegowskimi włącznie. „Nie po raz pierwszy zostały przecenione możliwości kryminalistów – stwierdził Billy Sorukas, agent U.S. Marshals. I miał całkowitą rację. Polowano na Al-Kaidę, natomiast sprawcami terroru było dwóch typków złapanych podczas snu w poobijanym Chervrolecie. Na domiar złego nie namierzyła ich ani policja, ani agenci wszystkich możliwych służb, ani najnowsza technika. Dwaj snajperzy-amatorzy zostali ujęci tylko dlatego, że dziennikarzom udało się przechwycić dane z policyjnych źródeł, z których skorzystał podróżujący konserwator chłodziarek sklepowych, słuchający z nudów radia…

Około trzeciej dwadzieścia pluton SWAT rzucił granaty oślepiająco-ogłuszające i z wielkim wrzaskiem przystąpił do ataku. Agenci rozbili jedno z okien Chevroleta. Ze smrodliwego wnętrza wyciągnięto dwóch zaspanych Murzynów. Byli to: 43-letni John Muhammad i osiemnastolatek Lee Malvo, para znana w niektórych rejonach USA jako ojciec i syn. Agenci pozatykali nosy. Obaj wydzielali woń ciał niemytych od tygodni, a w środku walała się odzież przemieszana z pojemnikami po żywności. Jeden z agentów pozwolił sobie na złośliwość: „Ludzie, gdybyście przechwycili te dziesięć milionów dolarów, to pierwszym waszym zakupem powinna być  kostka mydła”.

Podczas gdy „ojciec” i „syn” zostali przewiezieni do siedziby policji Montgomery County, ich samochód ujawnił swe tajemnice. Była to ruchoma forteca, wehikuł zaprojektowany do zabijania. W bagażniku mieściło się snajperskie gniazdo, do którego strzelec mógł się wczołgać swobodnie nawet w ruchu, po opuszczeniu tylnych foteli. Leżąc po snajpersku, wygodnie na brzuchu, z nogami rozrzuconymi szeroko, Muhammad albo Malvo celowali do kolejnych ofiar, wysuwając lufę karabinu przez wycięty otwór w miejscu po zamku bagażnika. Gdy nie musieli strzelać, ten otwór zatykali brudną skarpetą. Strzelali na zmianę (to znaczy: jeden prowadził samochód, drugi zabijał) z karabinu Bushmaster XM15, rynkowej wersji wojskowego M-16, znalezionego z zapasem amunicji za tylnym siedzeniem. W rejonie Waszyngtonu zabili dziesięć osób, a zranili trzy. Ale przedtem lubili  popisywać się wzajemnie przed sobą celnym strzałem w podróży przez Amerykę.

Tadeusz Wójciak

Na kolejną, ostatnią część historii o dramatycznych wydarzeniach ze Stanów Zjednoczonych zapraszamy już jutro. Nie przegap!

< 1 2 3

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze

[fbcomments]