Był ponury, szary poranek 3 września 1989 roku. Strażnicy z wieżyczek zakładu karnego w Gliwicach przyglądali się więziennemu spacerniakowi. Między murami krążyła grupka osadzonych. Wśród nich był jeden, na którego mieli zwracać szczególną uwagę. Niezbyt przejęli się ostrzeżeniami, bo wydawało się niemożliwe, by w biały dzień na oczach wszystkich uciec z placu otoczonego wysokim, dwumetrowym murem…

 

Więzień, o którego chodziło, wolnym krokiem spacerował po placu. W pewnym momencie zatrzymał się i jakby wpatrywał w ziemię. Dostrzegł kij, wystający z gleby. Nagle strażnicy zobaczyli coś, co ich dosłownie zamurowało. Mężczyzna podskoczył, a gdy spadał, grunt jakby otworzył się pod nim i po prostu zapadł się pod ziemię. Zniknął – na oczach wszystkich. Zrobił coś, co wydawało się niemożliwe. Książę złodziei PRL-u znów uciekł organom ścigania – jeszcze bardziej bezczelnie, niż robił to wcześniej.

Mowa oczywiście o Zdzisławie Najmrodzkim, człowieku, który już za życia stał się legendą. Powiedzieć o nim, że był największym złodziejem PRL-u, to mało. Najmrodzki był zjawiskiem, a jego życiorys przypominał gotowy scenariusz na film sensacyjny rodem z Hollywood. Ucieczka z więzienia w 1989 roku była ostatnią, stanowiła niejako wisienkę na torcie, bowiem Najmrodzki wymykał się milicji i organom ścigania w sumie 29 razy. W latach 80. jego losami żyła cała Polska. Relacje telewizyjne o kolejnych pościgach ściągały przed telewizory miliony obywateli. Doszło do tego, że obstawiano nawet zakłady, czy znów uda mu się uciec. Był złodziejem i przestępcą, a zarazem człowiekiem sławnym, do tego stopnia, że kiedy trafił do szpitala w Krakowie, inni pacjenci i personel brali od niego autografy.

Zdzisław Najmrodzki w swojej przestępczej karierze stworzył największą w PRL-u siatkę złodziei samochodów. Lubował się w polonezach. W sumie ukradł ich ponad 100. Do tego napadał na Pewexy. W czasach, gdy na półkach sklepowych był tylko ocet, on żył jak król. Bawił w najlepszych hotelach jakie oferowała socjalistyczna Polska. Miłość płci przeciwnej natomiast po prostu sobie kupował. W restauracjach chwalił się portfelem grubo wypchanym dolarami.

 

Byle nie do Warszawy…

Zdzisław Najmrodzki pochodził z Kielecczyzny, z biednej rodziny. Urodził się w 1954 roku. Skończył zawodówkę i został mechanikiem samochodowym. Fach w ręku przydał mu się w późniejszej działalności. O autach wiedział nieomal wszystko – także to, jak się do nich włamać…

W wojsku odznaczał się dobrą kondycją i tężyzną fizyczną. Świetnie rzucał granatami. Był na tyle sprawny, że armia proponowała mu nawet, żeby został żołnierzem zawodowym. On jednak odmówił. Podobno w wojsku dostał też pierwszą przestępczą propozycję. Jeden z oficerów dorabiał, szmuglując odzież z Europy Zachodniej. Spodobał mu się ten bystry, pewny siebie, wygadany młody człowiek, z błyskiem w oku. Zaproponował mu pracę, jakby „w cywilu się nie układało”. Kilka lat później Zdzisław Najmrodzki skorzystał z oferty.

     Świeżo po odbyciu zasadniczej służby wojskowej chciał jednak urządzić sobie życie jak zwykły, normalny człowiek. W 1977 roku ożenił się. Zamieszkali w Gliwicach. On zarabiał na chleb jako mechanik samochodowy. Wkrótce jednak żywot człowieka poczciwego się skomplikował. Zdzisław Najmrodzki „dusił się” w roli grzecznego męża. Stabilna codzienność niespecjalnie mu odpowiadała. Zaledwie po kilku miesiącach małżeństwa po raz pierwszy zadarł z prawem.

Na lokalnej potańcówce mocno pijany wdał się w awanturę i pobił człowieka, jak się później okazało – milicjanta. Został skazany na 1,5 roku więzienia.

Wkrótce jednak los dał mu szansę, z której nie omieszkał skorzystać. Miał złożyć zeznania w sądzie w Warszawie. Chodziło o innego uczestnika bójki. Wsadzono go do zamkniętego przedziału w pociągu razem z dwoma konwojentami. Kilkugodzinna podróż upływała w świetnej atmosferze. Najmrodzki miał cechę, która nie raz pomagała mu w trudnych sytuacjach. Był człowiekiem bardzo kontaktowym, wygadanym, wesołym. Wzbudzał sympatię. Podczas jazdy wdał się z konwojentami w pogawędkę.

Panowie wymieniali się anegdotami i pieprznymi dowcipami. Śmiechu było co niemiara. Wkrótce atmosfera na tyle się rozluźniła, że konwojenci nieomal zapomnieli, że wiozą więźnia, a nie kumpla. A że zawsze przyjemniej rozmawiać przy piwku, Najmrodzki zaproponował, żeby wypić kilka butelek. Zobowiązał się nawet zapłacić. Konwojenci zgodzili się bez wahania. Jeden z nich udał się do Warsu. A że głupio tak wspólnie pić i rozmawiać z człowiekiem w kajdankach, rozkuto więźnia. Poczęstowano go też papierosem. By przewietrzyć przedział od dymu, jeden z konwojentów otworzył okno.

 

Tak minęło kilka godzin. Jedno piwko, drugie, potem trzecie, a potem znów wizyta w Warsie… Nie wiedzieć nawet kiedy, konwojentów zmorzyła senność. W pewnym momencie obaj zaczęli pochrapywać. Akurat pociąg turlał się powoli przez rodzinne strony Najmrodzkiego – niedaleko Żyrardowa. Nie zastanawiał się długo. Śpiącym strażnikom na odchodne ukradł jeszcze paczkę papierosów. Następnie wszedł na kanapę i przełożył nogę przez okno. Po chwili wyskoczył.

Gdy pociąg z pijanymi konwojentami dojeżdżał do Warszawy, Najmrodzki był już w drodze do Gliwic. Od tego dnia przez 11 lat wymykał się organom ścigania.

1 2 3 4>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze