Plakat na Pewexie

Przez jakiś czas ukrywał się u znajomych. Żonie groźbami i biciem nakazał milczenie. Ponieważ brakowało pieniędzy, Najmrodzki przypomniał sobie o znajomym oficerze z czasów, gdy służył w wojsku. Wykonał telefon. Tak dostał swoją przestępczą robotę – miał osłaniać konwój ze szmuglowaną do Polski odzieżą.

W tym celu dostał nawet auto – mirafiori. Posiadanie takiego samochodu było w komunistycznej Polsce symbolem wysokiego statusu. Najmrodzki czuł się za kółkiem jak ryba w wodzie. Jego zadaniem było odwracanie uwagi milicji, gdyby pojawiła się na trasie nyski z towarem. I tak też robił. Zdarzało się, że pędził jak szalony, by sprowokować pościg, tak by nyska z kontrabandą mogła jechać bez przeszkód do celu. Szmuglowano głównie dżinsy, wówczas towar luksusowy, którym handlowano później na czarnym rynku. Na zachodnie oryginalne dżinsy w PRL-u mogli sobie pozwolić tylko zamożni – oraz ci ze znajomościami.

Wkrótce wyrósł w gangu na liczącą się postać. Wtedy też zaczął działać na własną rękę. Na celownik wziął sklepy sieci Pewex, czyli jedyne w latach 80. placówki, gdzie można było kupić dobre, zachodnie produkty. Zakupy w Pewexach stanowiły dla wielu rodzin szczyt marzeń. Najmrodzki nie zamierzał oczywiście nic kupować. Wolał sobie po prostu wziąć. W tym celu opracował nawet specjalną metodę kradzieży – na plakat. Polegała ona na tym, że najpierw rabusie wycinali w szybie Pewexu dziurę, następnie dostawali się do środka. Kiedy już byli wewnątrz, członek gangu, który stał na czatach, naklejał na dziurze w szybie plakat, zerwany wcześniej z ulicznego słupa. W tamtych czasach nie było kamer na ulicach ani w sklepach, nie było też alarmów. Szajka mogła kraść nie niepokojona przez nikogo.

Wynoszono z Pewexów dosłownie wszystko – biżuterię, odzież, zabawki, kawę, alkohole, nawet batoniki Mars. Cały skradziony towar sprzedawano później na lokalnych bazarach.

Skoki tak dobrze im szły, że przestali się ograniczać. Jeździli po Polsce, wybierali Pewexy oddalone od lokalnych siedzib Milicji Obywatelskiej i kradli na potęgę. Po roku mieli już na koncie ponad 70 napadów. Zdzisław Najmrodzki wyrósł na liczącą się postać w przestępczym światku. Tymczasem władza ludowa miała nie lada problem. O pladze rabunków w Pewexach zrobiło się głośno na cały kraj.

 

Próba emigracji

Zdzisław Najmrodzki zaczął żyć jak król. Pieniądze uzyskane z kradzieży wystarczały, by nie musieć ukrywać się wśród znajomych. Wynajmował pokoje hotelowe na Śląsku i Opolszczyźnie. Wieczory zaś spędzał na suto zakrapianych bankietach w najlepszych restauracjach, gdzie można było spotkać dygnitarzy partyjnych, obcokrajowców, prostytutki i cinkciarzy handlujących walutą. To wtedy przylgnęła do niego ksywa „Szaszłyk”, ze względu na zamiłowanie do tej potrawy oraz wadę wymowy, która powodowała, że jak Najmrodzki zamawiał szaszłyk (wymawiając: saszłyk), to cały stolik pokładał się ze śmiechu.

W Opolu był stałym gościem restauracji „Europa”, gdzie przy stole pełnym przekąsek, upijał się co wieczór. Nosił się jak panisko – zawsze ubrany w drogi garnitur, na szyi miał złoty łańcuszek, na ręce złoty zegarek. Zwracał na siebie uwagę.

 

Pewnego wieczoru, już mocno pijany, wdał się w kłótnię z kelnerem. Nie podobała mu się jakość obsługi, a że z portfela wystawały mu pliki zielonych, kelner postanowił się zemścić i poinformować miejscową komendę milicji, że na sali jest klient z dużą ilością dewiz. Taki donos musiał zwrócić uwagę organów ścigania. Z posiadania dużej ilości dolarów nie potrafił, ale też nie zamierzał się wytłumaczyć. Gdy milicyjna nyska zatrzymała się przed miejscowym aresztem i zatrzymanego wyprowadzono na zewnątrz, wykorzystał chwilę nieuwagi, gdy jeden z milicjantów zapalał papierosa. Wyrwał się drugiemu, przebiegł przez ulicę i wskoczył w nurt Odry. Chwilę później był już na drugim brzegu rzeki. Co prawda milicja zareagowała błyskawicznie – rozpoczęto obławę, ale zbiega nie udało się zatrzymać.

Po tej ucieczce Najmrodzki zdawał sobie sprawę, że na Śląsku nie ma już czego szukać. Ewentualne zatrzymanie i osadzenie w więzieniu było kwestią czasu. Dlatego postanowił zagrać o wszystko. Zdecydował się na ucieczkę z Polski – oczywiście na Zachód. Obranym kierunkiem była Austria, a trasa wiodła przez Czechosłowację. Najmrodzki postanowił uciec razem z matką. Brzmi to niewiarygodnie, ale w towarzystwie starszej kobieciny, pokonał na piechotę kilkaset kilometrów. Wędrowali dwa tygodnie. Przez zieloną granicę przedostali się do Czechosłowacji, następnie tam kontynuowali marsz. Wpadli dopiero w okolicach Brna. Zatrzymała ich czechosłowacka straż graniczna. Najmrodzki trafił do aresztu, później do więzienia w Gliwicach.

Komunistyczne władze triumfowały. Udało się złapać groźnego przestępcę, autora serii skoków na Pewexy! Wkrótce jednak o Najmrodzkim zrobiło się jeszcze głośniej. Był rok 1980. W Polsce rozlewały się strajki, wybuchł wielki ruch społeczny Solidarność. Tymczasem Najmrodzki stanął przed sądem. Miał odpowiedzieć za ponad 70 napadów. Proces rozpoczął się, jednak nie potrwał długo.

Król złodziei PRL-u znów okazał się cwańszy od organów ścigania, a we wszystkim pomogła mu matka. To ona, która kochała syna nad życie, nie bacząc na jego przestępczą kartę, zapewniała mu kontakt z kumplami z gangu. To ona podczas widzenia przeszmuglowała synowi flamastry i kartkę papieru.

Plan był prosty i zakładał ucieczkę podczas rozprawy sądowej. W jej trakcie, gdy zarządzano przerwę, oskarżony był prowadzony do tzw. celi tymczasowej. Najmrodzki z pierwszej rozprawy znał jej dokładne położenie oraz cały układ sądowych pomieszczeń. Wszystko rozrysował na kartce papieru dostarczonej przez matkę, następnie przystawił do okna w areszcie. Z budynku po drugiej stronie ulicy, za pomocą lornetki wiadomość odczytali kompani.

Był sierpień 1980 roku. Komuniści zawarli porozumienie z Solidarnością, a Najmrodzki ulotnił się z celi, podczas własnej rozprawy sądowej. Wszystko rozegrało się perfekcyjnie. Po kilku godzinach przesłuchań zarządzono przerwę. Oskarżony został odprowadzony do celi tymczasowej. Gdy tylko drzwi się za nim zamknęły, wszedł na łóżko i otworzył okienko. Po drugiej stronie, od ulicy znajdowała się krata, ale nie była to żadna przeszkoda. Kumple z gangu zadbali o to, by żeberka były przepiłowane. Najmrodzki wyrwał ją bez problemu. Następnie przecisnął się przez wąskie okno. Do ostatniego, nieprzepiłowanego żeberka, przywiązana była lina. Po niej, w środku miasta w biały dzień, uciekinier zszedł na ziemię. Następnie wsiadł do czekającego na niego auta.

 

< 1 2 3 4>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze