Król polonezów

Ucieczka z sądu rozsławiła Zdzisława Najmrodzkiego w całym kraju. Komunistyczna władza wydała za nim list gończy. O groźnym bandycie na okrągło trąbiono w dziennikach telewizyjnych. Tymczasem on przeniósł się do Warszawy, gdzie stał się „królem polonezów”. W krótkim czasie rozkręcił siatkę złodziei samochodów. Do kradzieży wybierał tylko nowe, świeżo odebrane z salonów auta. Wiedzę gdzie takich szukać, miał od przepłaconych urzędników – z wydziałów ewidencji pojazdów.

Szajka kradła auta w sposób banalny. Najpierw odrywało się uszczelkę przy oknie, następnie za pomocą wepchniętego do środka pręta, zahaczało bolec blokady i otwierało drzwi. Później taki samochód był odpychany kilkaset metrów, z reguły spod okien właściciela i odpalany na sucho, czyli poprzez zwarcie przewodów pod stacyjką. Następnie trafiał do jednej z kilku melin, które na Mazowszu posiadał gang. Tam przebijano mu numery rejestracyjne. Każdy samochód zyskiwał komplet sfałszowanych dokumentów. Wszystko było przygotowane z największą precyzją. Dzięki włamaniom do urzędów gminy gang dysponował odpowiednimi blankietami i pieczątkami.

Tak „zrobiony” polonez był wystawiany na sprzedaż na giełdzie samochodowej, gdzie Najmrodzki udawał właściciela auta. Samochody, sprzedawane w okazyjnych cenach, szły jak świeże bułeczki.

Jako miłośnik motoryzacji oczywiście nie mógł się zadowolić polonezem, dlatego na własny użytek ukradł najpierw forda granadę, potem podwładni donieśli mu, że po Warszawie jeździ lepsza bryka – BMW, model 827. Niewiele było takich aut w ówczesnej Polsce. Najmrodzki nie namyślał się długo. Samochód (własność afrykańskiego dyplomaty) udało mu się zlokalizować i ukraść.

Był rok 1982. Książę złodziei żył w tamtym czasie tak, jak lubił najbardziej – w luksusie. Na swoim koncie miał ponad 100 skradzionych aut. Już wtedy był jednym z najbardziej znanych przestępców w PRL-u. Zamierzał korzystać z życia pełnymi garściami. Porzucił żonę i związał się z ponętną 24-latką. Ukochanej często ofiarowywał różne prezenty, np. ukradzioną w Pewexie biżuterię. Kupił jej też willę pod Warszawą. Na wakacje jeździli do najlepszych hoteli na Mazurach albo nad morze. Życie niczym z bajki pewnie trwałoby wiele lat, gdyby nie jego skłonność do ryzyka i zamiłowanie do szybkiej jazdy.

Wpadł w 1984 roku. Wracał wtedy z wakacji na Mazurach. Nie oszczędzał pedału gazu. Gdy przy dużej prędkości minął milicyjny patrol, rozpoczął się pościg, który ciągnął się w sumie przez kilkadziesiąt kilometrów. Najmrodzki zapewne znów zdołałby umknąć, gdyby nie to, że auto złapało gumę. Musiał je zostawić na poboczu i uciekać piechotą przez pola. Był zawzięty. Spod jednego z zabudowań ukradł rower. Ostatecznie jednak nie wymknął się milicyjnej obławie. Funkcjonariusze nie mieli na początku bladego pojęcia, że trafiła im się „gruba ryba”. Zatrzymany legitymował się dowodem osobistym na nazwisko Dąbrowski.

Dopiero później okazało się, kim naprawdę był pirat drogowy. Zatrzymanie poszukiwanego listem gończym, Najmrodzkiego odbiło się szerokim echem w społeczeństwie. Komuniści obwieścili sukces. Telewizja trąbiła o tym na okrągło. Na kanwie historii Najmrodzkiego wyprodukowano nawet film dokumentalny pt. „Arsen Lupin po polsku”. Narrator przypominał w nim wszystkie brawurowe kradzieże i ucieczki. Prorocze okazały się słowa, które pod koniec filmu wypowiedział aktor grający Najmrodzkiego. Zwrócił się wtedy do kamery mówiąc: I tak wam ucieknę.

Kilka miesięcy od emisji filmu, aresztant Najmrodzki miał zeznawać na komendzie w Pałacu Mostowskich w Warszawie. Idąc długimi korytarzami w towarzystwie tylko jednego oficera, skorzystał z okazji i gdy nikogo nie było w pobliżu, uderzył funkcjonariusza rękami skutymi kajdankami. Siła ciosu była tak duża, że ofiara upadła i straciła przytomność. Najmrodzki wyciągnął kluczyki od kajdanek i oswobodził się. Zarzucił na siebie milicyjną marynarkę, zabrał służbową legitymację i nie niepokojony przez nikogo wyszedł z komendy.

Ucieczka z samej „paszczy lwa” dodała kolejny sznyt do jego rodzącej się legendy. W tamtych czasach losy Najmrodzkiego śledziła cała Polska – do tego stopnia, że stawiano zakłady, czy znów ucieknie.

Znów wpadł w 1986 roku. Tym razem po pijanemu spowodował wypadek samochodowy na jednej z ulic w Warszawie. Rozbił się na drzewie. Karetka na sygnale zabrała go na oddział ratunkowy. Na wszelki wypadek ściągnięto pacjentowi linie papilarne. Gdy okazało się, że to Najmrodzki, plotka rozniosła się błyskawicznie po oddziale. Pielęgniarki rumieniły się na jego widok i prosiły o autograf. Wkrótce po podpis króla ucieczek ustawił się sznur pacjentów.

 

Zapadł się pod ziemię

Z oddziału ratunkowego zabrano go do szpitala więziennego. W końcu stanął przed sądem. Za ponad 100 kradzieży samochodów, ponad 70 kradzieży w Pewexach, wielokrotne ucieczki organom ścigania – usłyszał wyrok 12 lat więzienia. Karę odsiadywał w więzieniu w Gliwicach.

Data 3 września 1989 roku weszła już na zawsze do historii polskiej kryminalistyki i więziennictwa. Tego dnia więzień Zdzisław Najmrodzki pojawił się na zakładowym spacerniaku. Wolno dreptał wśród innych osadzonych, jakby bez zainteresowania wpatrując się w ziemię. W pewnym momencie zatrzymał się obok wystającej z gleby gałęzi. Tego właśnie szukał. Nagle podskoczył, a gdy upadał ziemia pod nim po prostu się rozsunęła. Wpadł do głębokiego na dwa metry dołu. Wszystko rozegrało się w ułamku sekundy. Nim więzienni strażnicy zorientowali się, co się stało, Najmrodzki przebiegł wydrążonym pod więzieniem tunelem. Wyszedł po drugiej stronie ulicy, na terenie miejscowego technikum, które było akurat w remoncie. Tam – na odpalonym motorze – czekał na niego kumpel z gangu.

To była chyba najsłynniejsza, najbardziej bezczelna ucieczka Zdzisława Najmrodzkiego. Później okazało się, że w jej zorganizowaniu pomogła mu – a jakżeby inaczej – mama. Jeszcze raz udowodniła wielką miłość do syna. Podpłaciła miejscowego emerytowanego górnika, który nocami z terenu szkoły drążył tunel pod ulicą i zakładem karnym. Grunt, który zapadł się pod Najmrodzkim, był utrzymywany tylko na niezbyt grubych listewkach. Wystarczyło skoczyć na nie, by pękły.

Mistrz ucieczek znów wykpił komunistyczne organy ścigania i więziennictwo. Tym razem jednak zdawał sobie sprawę, że jego uciekinierska kariera powoli dobiega końca.

Szukał jakiegoś trwałego rozwiązania, które raz na zawsze uwolniłoby go od pościgów. Zamierzał zrobić sobie operację plastyczną. Chciał zmienić wygląd twarzy. Zmiana wizerunku i fałszywe dokumenty, mogły doprowadzić do tego, by prawdziwy Najmrodzki raz na zawsze zniknął.

     Wszystko było umówione. Dogadał się z lekarzem spod Warszawy. Oferował konkretne pieniądze w twardej walucie. Nie wiedział tylko, że od dawna był już namierzany przez milicję, a lekarz działał jako przynęta. Zasadzka się powiodła. Najmrodzki pojawił się w gabinecie. W tym czasie dom otoczyły jednostki milicyjne. Gdy wtargnęli do środka, znów próbował uciekać. Wyskoczył nawet z balkonu na pierwszym piętrze. Tym razem jednak ucieczka się nie powiodła.

< 1 2 3 4>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze