Zorganizowana grupa przestępcza, wyspecjalizowana w produkcji amfetaminy, prowadziła swój przestępczy proceder w zakonspirowanym lokalu na dalekich przedmieściach miasta. Tajne laboratorium „białej śmierci” zostało ulokowane w starym drewnianym i niepozornym domu, usytuowanym tuż przy ostrym zakręcie szosy biegnącej przez las, na dodatek w pewnym oddaleniu od sąsiednich zabudowań.

Dla przestępców było to idealne miejsce, ponieważ nie rzucało się w oczy i chroniło ich przed spojrzeniami wścibskich sąsiadów. Policja już od pewnego czasu wiedziała, że gdzieś na przedmieściach miasta powstało nowe laboratorium produkujące ten groźny narkotyk, gdyż sygnały od tajnych informatorów wskazywały, że bossowie innego narkotykowego gangu, zwanego w półświatku grupą „Stingera”, postanowili za wszelką cenę zlikwidować powstałą niedawno na „ich terenie” bezczelną konkurencję.

W tym celu szefowie grupy „Stingera” rozkazali dwóm swoim „żołnierzom” wyśledzenie zakonspirowanego laboratorium konkurencji i jego likwidację. Wytypowani do tego zadania dwaj gangsterzy, po jakimś czasie zlokalizowali położenie poszukiwanego laboratorium. Po krótkiej naradzie zdecydowali, że najlepszym sposobem na zniszczenie wrogiego obiektu będzie jego spalenie. Sposób o tyle skuteczny i łatwy w realizacji, gdyż jak wspomniano dom, w którym potajemnie produkowano amfetaminę był drewniany. Obserwując z ukrycia obiekt planowanego ataku ustalili, że w laboratorium pracuje tylko dwoje chemików, kobieta i mężczyzna, którzy zwykle przyjeżdżają tam o godz. 9.00 wieczorem, kończą zaś pracę około godz. 2.00 w nocy, opuszczając dom na przedmieściu i wracają do swych mieszkań w centrum miasta. Śledzący tych dwoje „żołnierze” grupy „Stingera”, wpadli – jak im się zdawało – na doskonały pomysł.

Wymyślili bowiem, że z jadącego drogą samochodu sfotografują wieczorem tych dwoje ludzi przed drzwiami domu z zakonspirowanym laboratorium, akurat w chwili, gdy ta para będzie trzymać w ręku dwudziestolitrowe kanistry na benzynę. Oczywiście w tych kanistrach chemicy nie wnosili paliwa, a faktycznie płynny surowiec do produkcji amfetaminy. Zdjęcia zamierzali przekazać swoim bossom, jako dowód wykonania zadania. Plan sfotografowania kobiety i mężczyzny w ciemnościach wieczoru udał się doskonale, gdyż oboje zostali uwiecznieni w światłach reflektorów samochodu, za pomocą doskonałego aparatu cyfrowego w momencie, gdy z kanistrami w ręku wchodzili na ganek domu.

Na drugi dzień w nocy, gdy dwójka chemików skończyła swą pracę i odjechała, dwaj gangsterzy obficie oblali benzyną drzwi i ściany drewnianego domu. Gdy jeden z nich sięgał już po zapałki, by dokonać dzieła zniszczenia, nagle rozległa się seria strzałów z broni maszynowej. To ukryty strażnik laboratorium, o którego istnieniu żołnierze „Stingera” nic nie wiedzieli (ich rozpoznanie terenu akcji nie do końca było profesjonalne) – widząc do czego zmierzają podpalacze, zaczął do nich strzelać przez parterowe okno z wnętrza domu.

Wtedy jeden z przestępców, zdając sobie sprawę, że z powodu silnego ostrzału nie zdoła żywy dobiec do zaparkowanego w ukryciu samochodu, nie mając innego wyjścia, wrzucił przez parterowe okno do wnętrza domu odbezpieczony granat.

Potworny huk wstrząsnął okolicą, zaś mroki nocy rozświetliły płomienie błyskawicznie ogarniętego pożarem domu. Podpalacze zdołali dobiec do swego auta i odjechali. Nie wiedzieli jednak, że ludzie z sąsiedztwa przerażeni strzelaniną, wybuchem i pożarem, natychmiast zawiadomili straż pożarną i policję.

Zaalarmowana policja nie traciła czasu. Komisarz Hamilton błyskawicznie zarządził blokadę dróg w promieniu 10 kilometrów od miejsca zdarzenia. Kilkanaście minut później, jeden ze zmotoryzowanych policyjnych patroli zatrzymał na drodze w zablokowanej strefie samochód z dwoma mężczyznami, którzy oświadczyli, że właśnie jechali na najbliższy posterunek policji, gdyż najprawdopodobniej – jak podkreślali – byli mimowolnymi świadkami podpalenia domu.

Kiedy obaj stanęli przed obliczem komisarza Hamiltona, jeden z nich, będący pasażerem auta, zeznał co następuje: – Jechaliśmy właśnie samochodem przez las, auto prowadził obecny tu kolega, ja zaś siedząc obok niego trzymałem w ręku wysokiej klasy cyfrowy aparat fotograficzny. Kupiłem go przed paroma dniami i aby wypróbować jego możliwości „pstrykałem” po drodze co się dało, również przez szybę samochodu. Szosa wiodła obok jakiegoś drewnianego domu stojącego tuż obok zakrętu drogi, a ponieważ zakręt w prawo okazał się dość ostry, kolega mocno przyhamował i w tym momencie w świetle drogowych reflektorów auta ujrzałem kobietę i mężczyznę wnoszących jakieś kanistry na ganek przed drzwi tego domu. Jakoś tak bezwiednie, na zasadzie odruchu przyłożyłem celownik mojej lustrzanki do oka i pstryknąłem zdjęcie, oczywiście bez flesza, bo go nie miałem pod ręką. Mam nadzieję, że to zdjęcie zrobione w świetle silnych reflektorów samochodu powinno być czytelne.

– To mówiąc, mężczyzna wręczył komisarzowi kartę Compact Flash, czyli cyfrowy nośnik pamięci wyjęty na oczach policjanta z aparatu. Po chwili obaj zatrzymani mężczyźni opuścili komisariat i odjechali. Hamilton natychmiast przekazał kartę pamięci do laboratorium, skąd pół godziny później dostarczono mu odpowiednio powiększone zdjęcia. Wśród kilkunastu różnych fotek bez znaczenia dla sprawy, było również zdjęcie kobiety i mężczyzny z kanistrami, o którym wspominał właściciel aparatu fotograficznego. Kiedy komisarz przyjrzał się zdjęciu, wyraźnie zdenerwowany wezwał swego zastępcę sierżanta Logana i podniesionym głosem zapytał: – Sierżancie Logan, mam nadzieję, że zanotowaliście personalia tych dwóch facetów i numer rejestracyjny ich samochodu. Jestem niemal pewien, że oni są zamieszani w tą strzelaninę, wybuch i w konsekwencji pożar…

Co zdemaskowało przestępców?

Rozwiązanie zagadki kryminalnej na kolejnej stronie:

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze