Był niedzielny, styczniowy poranek. Na warszawskich ulicach rzadko przechadzali się ludzie. Stolica jeszcze spała po kolejnej karnawałowej nocy. Cisza i spokój panowały w jednej z warszawskich komend rejonowych policji, z wyjątkiem pokoju 302, w którym siedziała młoda dziewczyna. Nie wyglądała najlepiej – miała potargane włosy, opuchniętą i posiniaczoną twarz. Dopiero po kilku minutach rozmowy z młodą policjantką kobieta zdołała się uspokoić i przełamując wstyd, opowiedziała o wydarzeniach ostatnich kilkunastu godzin.

Warszawski „Zodiak” od wielu lat uchodzi za jeden z najciekawszych klubów studenckich na rozrywkowej mapie stolicy. Bywają w nim nie tylko studenci, równie często zaglądają tu uczniowie ze szkół średnich. Zresztą nie wiek jest tutaj sprawą najważniejszą, lecz zasobność portfela. Stosunkowo wysokie ceny biletów, zaporowe ceny w drink-barze, dość skutecznie eliminują mniej zamożnych amatorów nocnej zabawy na parkiecie. Zresztą selekcja przy wejściu również eliminuje przypadkowych gości, niepasujących do klimatu i charakteru tego miejsca.

Katarzyna Laskowska, 20-letnia uczennica jednego z warszawskich techników, dopiero za kilka miesięcy miała szansę dostania się na studia. Marzyła o architekturze na Politechnice Warszawskiej. Miała jednak świadomość, że nie będzie to łatwe, bo od wielu lat jest to jeden z najbardziej obleganych wydziałów, na którym o jedno miejsce stara się co najmniej kilkunastu kandydatów – zresztą „odsiew” podczas studiów też podobno bywa spory. Póki co, chcąc zakosztować akademickiego życia, w miarę posiadanego czasu (wszak do matury było jeszcze ponad sto dni!) i pieniędzy, starała się bywać na piątkowych albo sobotnich dyskotekach w „Zodiaku”.

Tamtej pamiętnej soboty, zabawa w blasku kolorowych świateł i w ogłuszającym huku z kolumn głośnikowych, na dobre zaczęła rozkręcać się dopiero po dwudziestej drugiej. Kasia przyszła na dyskotekę sama, nie była z nikim umówiona, ale przecież po to przychodzi się potańczyć, żeby nie czuć się samotną. Potańczyła trochę postała też przy barku, sącząc przez słomkę campari z lodem i patrząc na innych gości, kołyszących się na parkiecie w rytm najnowszych przebojów.

 

Chłopak jak z żurnala mody

Minęła już północ, kiedy przysiadła się do stolika, przy którym siedziało kilku znanych jej z widzenia stałych bywalców dyskoteki. Zapaliła z nimi papierosa, porozmawiali chwilę o coraz wyższych cenach w barze, rujnujących skromne portfele. W pewnym momencie zauważyła na parkiecie chłopaka, który przyjaźnie się do niej uśmiechał. Najpierw pomyślała, że nieznajomy próbuje pozdrowić kogoś innego, ale przecież nie stała obok niej żadna inna dziewczyna.

„Pewnie próbuje mnie poderwać” – przemknęło jej przez myśl… i od razu poprawił się jej humor. Sympatyczny młody mężczyzna już na pierwszy rzut oka wzbudzał zaufanie.

Najprawdopodobniej miał tyle samo lat co ona, był zgrabny, miał jasne włosy, starannie zaczesane do góry. Szeroka klatka piersiowa świadczyła, że albo jest sportowcem albo przynajmniej regularnie chodzi na siłownię.

Taki chłopak musiał podobać się każdej dziewczynie, która chciałaby zaimponować swoim koleżankom. „Ach, poderwać takiego gostka i pokazać się z nim na prywatce u znajomych, dopiero dziewczyny byłyby zazdrosne” – rozmarzyła się dwudziestolatka.

Marzenia zaczęły się spełniać kilkanaście minut później. Wprawdzie nie widzieli jej jeszcze znajomi, ale Katarzyna Laskowska stała już z nieznajomym przy barze. Przedtem on niechcący (a może zrobił to całkiem celowo!) potrącił ją na parkiecie, ona z czarująco słodkim uśmiechem odpowiedziała, że nic się nie stało. Przez dłuższą chwilę patrzyli sobie głęboko w oczy, potem nieznajomy zaproponował jej drinka, a następnie zaprosił do tańca. Pierwszego, drugiego, trzeciego… Zapatrzeni w siebie, spędzili w „Zodiaku” prawie pół nocy. Szybko upływał im czas na tanecznym parkiecie i przy barze.

 

Nie możemy tak się rozstać!

Laskowska była oczarowana nowo poznanym mężczyzną. Roman – bo tak się jej wówczas przedstawił – pracował jako broker ubezpieczeniowy w jednym z warszawskich centrów handlowych. – Namawiam ludzi, żeby zawierali u mnie ubezpieczenia, doradzam w wyborze taniej, a jednocześnie dobrej oferty – opowiadał jej o swojej pracy.

Od razu wywarł na niej bardzo dobre wrażenie, co zauważyli nawet inni bywalcy dyskoteki. Jakaś dziewczyna przysiadłszy się do stolika, przy którym siedzieli Roman z Kasią, ni to żartem, ni to serio powiedziała do niej:

– Oj, uważaj dziewczyno, uważaj! Ten chłopak już niejednej zawrócił w głowie.

 Obydwoje usłyszeli te słowa, ale żadne z nich nie zareagowało. Kaśka potraktowała to jako złośliwą zaczepkę zazdrosnej dziewczyny. Roman ani przez moment nie poczuł się zmieszany. Ten „zgrzyt” w niczym nie zakłócił ich dobrego humoru. Nadal trzymali się za ręce, patrzyli sobie głęboko w oczy. Postronny obserwator mógłby odnieść wrażenie, że doskonale znają się przynamniej od kilku miesięcy albo nawet są parą narzeczonych.

 

Opuścili gościnne progi klubu „Zodiak” około piątej nad ranem, kiedy dyskotekowy wodzirej puszczał ostatnie takty muzyki.

Dziękuję ci za wspaniałą zabawę. Myślę, że jeszcze niejeden raz się tutaj spotkamy. Dawno tak się dobrze nie bawiłam – powiedziała Katarzyna na pożegnanie, kierując się w stronę pobliskiego przystanku autobusowego z zamiarem szybkiego powrotu do domu. Była już trochę zmęczona, coraz bardziej dawał o sobie znać brak snu. Za kilkanaście minut powinien przyjechać pierwszy autobus…

– O nie! Przecież tak nie możemy się rozstać – zaprotestował Roman. – Mam tu kilku znajomych chłopaków z samochodami, na pewno zaraz któryś z nich nas odwiezie.

Naprawdę nie musisz się fatygować. Dam sobie sama radę, zresztą to nie pierwszy raz, kiedy wychodzę z dyskoteki na pierwszy poranny autobus.

1 2 3 4>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze