W powojennej historii naszego kraju dochodziło do spektakularnych napadów, podczas których łupem bandytów padały miliony złotych. Oto największe kradzieże pieniędzy w Polsce.

1962 – Wołów (Dolny Śląsk) – Złodzieje weszli do skarbca przez dziurę wyciętą w stropie za pomocą podnośnika samochodowego. Skrępowali strażnika, rozpruli sejf, a następnie odjechali samochodem marki Warszawa. Zabrali 12,5 mln złotych w banknotach 500- i 1000-złotowych. Skradzionych pieniędzy było tak dużo, że władze zastanawiały się, czy nie wycofać z obiegu wszystkich banknotów o tych nominałach. Ówczesna milicja rozpoczęła intensywne poszukiwania, prowadzone pod kryptonimem „W62”. Śledczy spisali numery serii skradzionych banknotów i rozesłali je do wszystkich placówek handlowych w Polsce. Po dwóch miesiącach pojawił się pierwszy sygnał. W jednym ze sklepów na Śląsku kobieta za narzutę na łóżko zapłaciła skradzionym banknotem. Milicja błyskawiczne podjęła trop i ujęła rabusiów. Sprawcami okazali się spokojni obywatele, ojcowie rodzin, ludzie dobrze zarabiający i nie narzekający na brak gotówki. Mózgiem operacji był elektryk, który w wołowskim oddziale banku zakładał instalację elektryczną. Złodzieje zostali skazani na kary po 25 lat pozbawienia wolności.

1964 – Warszawa – 22 grudnia 1964 roku w centrum miasta bandyci zrabowali 1 336 500 złotych. W czasach PRL-u kradzież powszechnie nazywana była napadem stulecia, bo przeprowadzono go z niezwykłą brutalnością, w ścisłym centrum Warszawy, kiedy ulice były pełne przechodniów. W przededniu Wigilii około godziny 18.30 na ulicę Jasną podjechał samochód z utargiem z Centralnego Domu Towarowego (dzisiejszego „Smyka”). Kasjerka i dwaj strażnicy ruszyli w kierunku banku, popularnie nazywanego „Pod Orłami”. Kiedy konwojent z pieniędzmi był już przy wejściu, jak spod ziemi wyrósł przed nim mężczyzna, który się z nim zderzył, a następnie strzelając strażnikowi w pierś, wyrwał mu worek z pieniędzmi. W tym czasie drugi z napastników dwa razy strzelił do drugiego strażnika, który nawet nie zdążył wyciągnąć broni. Kiedy strażnik upadł, bandyta strzelił jeszcze raz. Strażnik zmarł. Kasjerka zdążyła w tym czasie schować się za samochodem, a kierowca próbował klaksonem zaalarmować milicję. Rabusiów nigdy nie odnaleziono, sprawa przedawniła się 22 grudnia 1989 roku.

1995 – Warszawa – W perfekcyjnie przygotowanym napadzie na konwój z pieniędzmi na wypłatę dla pracowników ZOZ bandyci zrabowali 1,2 mln złotych. W czasie szamotaniny z bandytami ranny został jeden z ochroniarzy, który sięgnął po broń. Tak duże pieniądze kasjerka ZOZ pod ochroną czterech konwojentów przewoziła w zwyczajnej walizce i torbie bez zabezpieczeń, autem Renault 21. Uzbrojony był tylko dowódca konwoju. Zaatakowali ich bandyci, wyposażeni w cztery szybkie samochody i broń automatyczną. Sprawcami okazali się członkowie gangu „Rympałka”. Zostali skazani na kary od 1,5 roku do 15 lat pozbawienia wolności.

2001 – Warszawa – 3 marca w podziemiach filii Kredyt Banku przy ulicy Żelaznej znaleziono zastrzelone trzy młode kasjerki i ochroniarza. Bandyci zrabowali ok. 100 tys. zł. Cztery miesiące później zatrzymano trzech podejrzanych, jeden z nich był pracownikiem ochrony w tym banku. Jak wykazało śledztwo, sprawcy zabijali swoje ofiary pojedynczo, a pozostałym kazali się temu przyglądać. Zabójcy zostali skazani na kary dożywotniego pozbawienia wolności.

2004 – Wojnarowice (Dolny Śląsk) – Napastnicy przebrani za policjantów, którzy stali koło Volkswagena Passata wyglądającego jak radiowóz, zatrzymali na szosie nieopodal miejscowości Wojnarowice bankowóz przewożący całodzienne utargi z kilkunastu sklepów z Legnicy, Lubina i Wałbrzycha. Ochroniarze otworzyli drzwi. Jeden z napastników oślepił ich gazem. Zostali zakuci w kajdanki. Łupem bandytów padło prawie 2 mln złotych. Trzy lata później dwaj organizatorzy napadu zostali skazani na kary po 13 lat więzienia, pozostałych 4 uczestników napadu sąd skazał na kilkuletnie więzienie. Cała szóstka została jednocześnie zobowiązana do zwrotu zagrabionej kwoty.

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze