Więzienia w czasach PRL-u w niczym nie przypominały dzisiejszych zakładów karnych, o których niekiedy mówi się, że są prawie ośrodkami wypoczynkowymi. Ówcześni więźniowie mieli o wiele mniej praw, a resocjalizacja była propagandowym hasłem, którego nikt poważnie nie traktował.

Na porządku dziennym były kary fizyczne, zmniejszanie porcji żywnościowych, nieposłusznym ścinano włosy „na zero” albo kazano spać na tak zwanym „twardym łóżku”, czyli na zwykłych, twardych deskach. To wszystko coraz częściej spotykało się z oporem skazanych, którzy na wiele sposobów wyrażali swoje niezadowolenie z warunków panujących po drugiej stronie więziennego muru. Walka z więzienną administracją miała różne formy: różnego rodzaju samookaleczenia, głodówki, odmowa pracy należały do najpopularniejszych z nich. Trwała cicha wojna, prędzej czy później musiało dojść do eksplozji tłumionego gniewu.

Dokonujące się w 1989 roku nad Wisłą przemiany ustrojowe utwierdzały więźniów w przekonaniu, że i oni skorzystają na dziejącej się na ich oczach bezkrwawej rewolucji. Marzyli tylko o jednym – o amnestii.

Przez wiele miesięcy dyskutowali o niej politycy, a dysputy te dokładnie śledziły dziesiątki tysięcy skazanych. Według projektu amnestia miała objąć także wielokrotnych recydywistów. Choć Senat ustawę przyjął niemalże jednomyślnie, Sejm odrzucił jej rozszerzoną wersję, dzięki której na wolność miałoby wyjść prawie cztery i pół tysiąca recydywistów skazanych za kradzieże, rozboje czy udział w przestępczości zorganizowanej. Ta wersja ustawy wykluczała jednak wypuszczenie więźniów odsiadujących wyroki za zabójstwa. Niestety, Sejm w ostatnim momencie dokonał znaczącej zmiany – wykreślono przepisy, wedle których z amnestii mieli skorzystać również recydywiści. Niektórzy kryminolodzy od razu ostrzegali, że to bardzo nieprzemyślane działanie. Z jednej strony doszło do sytuacji, gdzie wyszli na wolność gwałciciele, z drugiej nie wypuszczono skazanych za drobne przestępstwa. I zaczęło się!

 

Najpierw strzelano w górę, na postrach

Czarne to niewielkie miasteczko na Pomorzu. Przez wiele lat życie toczyło się tu sennie i leniwe, jak w wielu podobnych miastach Polski powiatowej. Mało znana do tej pory miejscowość w 1989 roku trafiła z dnia na dzień na pierwsze strony gazet za sprawą największego w powojennych dziejach Polski więziennego buntu. Inna rzecz, że ćwierć wieku temu było to największe więzienie w Polsce – przebywało tam wtedy półtora tysiąca skazanych. Większość z nich to niepoprawni recydywiści, a więźniowie skazani na 8 – 10 lat więzienia byli tam na porządku dziennym. Popołudniem 8 grudnia 1989 roku więźniowie z zapartym tchem czekali na telewizyjny „Teleexpress” w nadziei, że usłyszą wiadomość o amnestii dla wszystkich skazanych. Tak się jednak nie stało. Decyzją parlamentarzystów wyłączono z niej recydywistów. Ci ostatni postanowili wyładować swoją frustrację, złość i nienawiść. Kilkanaście minut później doszło do pierwszych niepokojów. Więźniowie zaczęli demolować cele, w kilku miejscach podpalono magazyny. Dzięki uprzednio pochowanym łomom, buntownicy z jednego oddziału zdołali wydostać się na zewnątrz swojego budynku. Po kolei wypuszczali współwięźniów z innych oddziałów. Władzom więzienia sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli.

Strażnicy, choć „po cichu” spodziewali się takiej reakcji, zostali zaskoczeni skalą więziennego gniewu. Tymczasem agresja i wojownicze zapędy skazańców rosły z minuty na minutę. Kilkuset z nich stanęło na głównym placu apelowym, część z nich weszła na dachy więziennych budynków. W gorączkowej atmosferze trwała debata co dalej robić. Padały różne pomysły, suto okraszone przekleństwami. Władze więzienia uświadomiły sobie, że to już jest regularny bunt. Na nic zdały się rozkazy rozejścia się do cel i zachowania spokoju. Tłum poczuł swoją siłę i nie wahał się jej wykorzystać!

 

Skazani, po zgrupowaniu się przy centralnym miejscu zakładu, ruszyli do forsowania bramy – relacjonował przebieg pierwszych godzin buntu ówczesny naczelnik Zakładu Karnego w Czarnem, kapitan Andrzej Ł. – Z zakładu wycofałem funkcjonariuszy służby więziennej, aby nie narażać ich zdrowia i życia. W celu stłumienia buntu użyto petard i ładunków gazowych, a wobec tych, którzy zbliżyli się do pasa ochronnego – broni palnej, z tym, że strzelano w górę, na postrach.

Podjęta przez więźniów jeszcze w czwartek próba sforsowania bram zakładu, a tym samym wyjścia na wolność, nie powiodła się. Skazani wycofali się na teren budynku więzienia, który znalazł się w ich władaniu. Strażnicy pełnili służbę jedynie w wartowni, zbrojowni oraz wieżyczkach przylegających do betonowego muru. Najbardziej obawiano się, że rebelianci mogą opanować zbrojownię, w której znajdowało się kilkadziesiąt karabinów maszynowych, dlatego robiono wszystko, by im to uniemożliwić. Co pewien czas padały strzały, które ucichły przed północą.

– W zakładzie zapanowała straszna wrzawa – relacjonował tamten okres jeden ze strażników. – Skazańcy z dachów odśpiewali hymn narodowy, który słychać było w całym miasteczku. Podpalili wyrzucone na zewnątrz sprzęty i meble. Nad zakładem non stop widoczne były słupy dymu. W mieście krążyły plotki, że są bliscy ucieczki. Byliśmy naprawdę przerażeni, bo nie wiedzieliśmy jakie jest realne zagrożenie. W mieście pojawiło się wojsko, a zakład obstawiony był już także przez milicję. Strażników było tylko stu pięćdziesięciu, a buntowników dziesięć razy więcej. Przy takich proporcjach każda próba odbicia więzienia zakończyłaby się tragicznie.

Pod osłoną nocy zbuntowani zaczęli przygotowywać się do obliczonej na dłuższy czas okupacji – ze wszystkich dostępnych materiałów zaczęli budować trzy potężne barykady, wysokie na prawie cztery metry, szerokie na sześć i długie na około pięćdziesiąt metrów. Polewali je smołą, co miało utrudnić ewentualną próbę odbicia budynku. Nie wiadomo, w jaki sposób w ręce więźniów trafił pistolet i ręczny wyrzutnik granatów. Coraz więcej wskazywało na to, że złamanie oporu buntowników nie będzie łatwe, tym bardziej, że ich determinacja z godziny na godzinę była coraz większa.

1 2 3 4>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze