To było istne piekło

W czwartek wieczorem pojawiły się pierwsze ofiary. Pod bramą główną więźniowie podrzucili ciała trzech zmaltretowanych kolegów z licznymi ranami kłutymi i śladami pobicia. Dwóch było już martwych, trzeci zmarł w drodze do szpitala. Obrażenia, a właściwie ślady zadawanych im wymyślnych tortur były najprawdopodobniej wynikiem samosądu nad tymi, którzy próbowali przeciwstawić się buntowi. Oprócz tego było wielu rannych, ale większość z nich to były ofiary więziennych samosądów.

Pamiętam, to był czwartek – opisał początek buntu po latach na forum internetowym jeden ze skazanych. – Usłyszałem krzyki, ktoś walił w kraty. Ludzie biegali i ktoś krzyczał, że jest bunt. Słyszeliśmy tłuczone szkło. Jacyś chwycili za taborety i wybijali szyby. Z korytarza słychać było obelgi pod adresem funkcjonariuszy. Oddziałowy zamknął drzwi cel na tzw. „antaby” – specjalne wzmocnienia. Potem uciekł z pawilonu. Podniósł się krzyk: – Jechać z klapami! Wyważyliśmy drzwi celi. Po upływie pół godziny wszystkie cele były otwarte. Ja i wszyscy moi koledzy z celi nie chcieliśmy w tym uczestniczyć, bo do wyjścia na wolność brakowało nam tylko po kilka miesięcy, i zabarykadowaliśmy się. Więźniowie z innych pawilonów zaczęli bitwę z klawiszami. W ruch poszły kamienie i metalowe pały. Jak nie było klawiszy, więźniowie najpierw wyrównywali porachunki między sobą. Ja tego nie widziałem, ale słyszałem o trzech zabitych. Podobno jednego powieszono za szyję i wciągnięto na maszt, a jednego wręcz poćwiartowano. Zamieszki trwały dwa dni, aż nadleciały helikoptery.

 

***

Do sobotniego poranka sytuacja zbytnio się nie zmieniła. Niewielkie miasteczko na Pomorzu wyglądało tak, jakby stało się centrum działań wojennych. Co kilka minut słychać było odgłosy wystrzeliwanych w kierunku więźniów granatów z gazem łzawiącym i ogłuszających petard. Znad okupowanego zakładu unosił się dym i czuło się swąd spalenizny – wszak pożar trwał już kilkanaście godzin. Za wysokim, niemożliwym do sforsowania więziennym murem, znajdowało się blisko półtora tysiąca skazanych, z drugiej strony – kilkadziesiąt opancerzonych Starów, Nysek i autobusów, kilka armatek wodnych, a nawet buldożer do usuwania barykad. Całości dopełniało kilkuset milicjantów i strażników więziennych. Niektórzy stali w kilkuosobowych grupkach przy rozpalonych „koksownikach” (w dzień było 10 stopni mrozu, w nocy – jeszcze chłodniej), wszyscy w pełnym rynsztunku bojowym. Dziennikarze nie mieli szansy na uzyskanie jakichkolwiek informacji; każdy zasłaniał się niekompetencją, odsyłał do zwierzchnika lub kolegi…

 

W sobotni ranek zaczęły się przygotowania do kolejnej próby odbicia opanowanego przez skazańców zakładu. Około godziny dziesiątej zgromadzeni milicjanci zaczęli szykować się do akcji. Poszczególne pododdziały formowały szyk bojowy, maszerowali pod bramę główną, by się znowu rozejść. Nie wiadomo, czy była to próba generalna przed planowaną akcją, czy też demonstracyjny pokaz siły, który miał osłabić morale buntowników. Milicjanci nosili ze sobą granaty z gazem łzawiącym, kaski, pałki gumowe, ochraniacze na twarz, ręce i kolana. Coraz częściej można było usłyszeć, jak przez radiotelefony krzyżowały się meldunki, zaś dowódcy wydawali kolejne rozkazy. Coraz więcej uzbrojonych grup ale bez broni palnej znikało za rozsuwanymi co pewien czas metalowymi drzwiami. Stamtąd już tylko kilka metrów dzieliło funkcjonariuszy od pierwszej barykady. Nad więzieniem cały czas krążył milicyjny helikopter (plotka mówiła, że z jego pokładu na taśmie filmowej rejestrowany był przebieg buntu, ale informacja ta nigdy się nie potwierdziła). W gotowości „bojowej” były także liczne ekipy lekarskie.

Godzina 11.00. Może to przypadek, a może taki właśnie był plan. Punktualnie o tej godzinie okolicą wstrząsa salwa wybuchających granatów z gazem łzawiącym i petard ogłuszających. Zaraz też zapłonęły barykady, oblane wcześniej smołą i podpalone przez więźniów. Gęsty, czarny dym, kakofonia dobiegających ze wszystkich stron wystrzałów i opary gazu łzawiącego nie pozwalały dziennikarzom na dokładną obserwację wypadków, lecz jedynie na ich podglądanie przez uchylaną co kilka minut stalową bramę główną więzienia. Tyle czasu potrzeba było, by specjalne samochody z armatkami wodnymi wycofały się z terenu objętego buntem dla uzupełnienia zapasu wody, którą oblewano buntowników. O tym wszystkim, co działo się po drugiej stronie muru, dowiadywaliśmy się jedynie dzięki półsłówkom od zmieniających się co pewien czas milicjantów.

 

***

To istne piekło – mówili jeden przez drugiego. – Gorąco, smoła leje się na nas, cały czas leci grad metalowych serpentyn o wadze kilku kilogramów każda, cegieł z rozebranych kominów. Zbuntowani więźniowie mają w rękach metalowe rury, drewniane sztachety nabite długimi gwoździami, noże i chyba opanowali zbrojownię, bo widać było, jak z rakietnicy strzelali w kierunku krążącego nad zakładem karnym śmigłowca. Ale chyba już długo nie wytrzymają. Najagresywniejsza grupa liczy około stu osób. Trochę liczniejszą tworzą ci, którzy kryją się po kątach i gestami tłumaczą nam, żeby nie robić im żadnej krzywdy, bo są niewinni i nie chcieli buntu. Podejrzewamy, że chcieliby wywiesić białe flagi symbolizujące wolę poddania się, niestety nie pozwala im na to presja innych skazanych.

Z góry przypominało to wojnę: odpowiednio oznakowane znaki szpitala, magazynu żywnościowego. Tymczasem na dole trwały regularne boje o zdobycie kolejnych barykad. I przede wszystkim jeden wielki pożar, gryzący dym, odgłosy detonacji. Widziałem, ale już pod koniec buntu, jak co bardziej agresywni uczestnicy bandażowali sobie ręce, czyścili ubrania, by upodobnić się do rzeszy innych więźniów – powiedział potem pilot milicyjnego śmigłowca, z którego milicyjni antyterroryści desantowali się na linach. Kilkanaście minut później do akcji wkroczyła straż pożarna, by uratować to, co zostało jeszcze ze zgliszczy.

Służba więzienna we wszystkich możliwych zakamarkach szukała ukrywających się buntowników. Jeszcze tego samego dnia więźniowie zostali rozwiezieni do innych zakładów karnych. Z zadbanego jeszcze przed dwoma dniami obiektu pozostała jedynie spalona ziemia i dogasające zgliszcza.

Godzina 13.00. Rzednie tłumek gapiów, który towarzyszył milicjantom od czwartkowego wieczora. Część oddziałów milicyjnych szykuje się do odjazdu do koszar. Wszyscy są zmęczeni, widać po nich nieprzespaną noc i nerwy napięte do granic możliwości. Akcja skończona. Wstępny bilans to sześciu zabitych i kilkudziesięciu rannych. Siódma ofiara buntu zmarła w szpitalu wojewódzkim w Bydgoszczy. Przyczyną zgonu był rozległy krwiak pourazowy i uraz mózgu. Na szczęście plotką okazały się informacje, jakoby kilkunastu więźniów spalono żywcem w tamtejszej piekarni. Wśród funkcjonariuszy służby więziennej obrażeń doznało 56 osób, zaś spośród milicjantów – 78 osób. Rannych było ponad dwustu więźniów. Straty materialne dwadzieścia pięć lat temu oszacowano na ponad dziesięć miliardów starych złotych.

< 1 2 3 4>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze