Na miejsce zdarzenia udali się komisarz Marciniak i aspirant Poniedzielski z wydziału dochodzeniowo-śledczego.

Kamienica, na parterze której znajdował się sklep, mieściła się przy placyku. Od kilkunastu dni nie mogły tam wjeżdżać żadne samochody. Wszystko dlatego, że układano nową kostkę brukową.

Tamtego ranka padał deszcz i podwórko zamieniło się w wielką kałużę. Tylko tutejsi mieszkańcy domyślali się, gdzie pod warstwą wody znajdują się płytki chodnikowe, a gdzie błotnisto-piaszczysta pułapka na przechodniów.

– Panowie ostrożnie, żebyście w coś nie wdepnęli – krzyknął do nadchodzących policjantów mężczyzna z przerzedzonymi siwymi włosami, w nieskazitelnie białej koszuli z długim rękawem i czarnych spodniach.

Śledczy od razu domyślili się, że to właściciel sklepu.

– Podejrzewam, że sprawcy musieli mnie od kilku dni obserwować, bo znali moje obyczaje – kilka minut później relacjonował detektywom przebieg zdarzeń.

– Prowadzę ten sklepik już prawie 20 lat. Zyski z roku na rok są coraz mniejsze, nawet myślałem, żeby zamknąć interes, bo przecież trzeba kiedyś w życiu odpocząć…

– O opłacalności biznesu to może porozmawiamy trochę później, ale proszę mi opowiedzieć, co się stało. Każdy szczegół może mieć znaczenie – powiedział Marciniak.

– Tak więc, panie komisarzu, zgubiła mnie rutyna starego człowieka. Mam już siedemdziesiątkę na karku. Jak każdego ranka, jeszcze przed otwarciem sklepu, układałem towar na wystawie, bowiem na noc chowam go do stalowej szafy, zamykanej na solidny zamek, stojącej na zapleczu sklepu. Wystawiam jakiś sprzęt elektroniczny, telefony komórkowe albo tablety…

– A nie lepiej same puste opakowania? Przecież one też przyciągają wzrok – zapytał aspirant Poniedzielski.

– Klient nawet nie zwolniłby kroku, a ja pewnie poszedłbym z torbami. Widać, że pan policjant nie zna się na handlu…

– Wracajmy jednak do napadu. Co się konkretnie stało? – komisarz Marciniak starał się poznać jak najwięcej szczegółów zdarzenia.

– Kiedy skończyłem układać towar w oknie wystawowym, otworzyłem od wewnątrz zamek drzwi wejściowych i czekając na pierwszego klienta, wyglądałem przez okno witryny na placyk. Padał deszcz, pustki dookoła. Nagle przed moim sklepem pojawił się młody człowiek z głową zasłoniętą kapturem jasnej, przeciwdeszczowej kurtki, z plecakiem i rzucił dużym kamieniem w moją szybę wystawową.

– Czy wcześniej był u pana w sklepie? A może widział go pan gdzieś w okolicy?

– Daj pan spokój, przecież mówię, że twarz miał prawie zasłoniętą. W pierwszym momencie myślałem, że to chuligański wybryk, ale gdzie tam! Ten mężczyzna przez otwór w szybie zaczął rabować wyłożony towar do torby, mimo że odłamek szkła rozharatał mu dłoń. Wściekłem się na tego bezczelnego gówniarza, wyskoczyłem ze sklepu i rzuciłem się na drania. On podstawił mi nogę, obaj przewróciliśmy się na ziemię. W tej samej chwili złapał mnie za gardło, więc musiałem wytężyć siły, aby oderwać jego ręce od mojej szyi. Podczas tej szarpaniny poczułem nagłe uderzenie w głowę. Kiedy po chwili odzyskałem przytomność, zrozumiałem, że miał wspólnika. Nawet nie wiem, skąd się wziął. Niestety, bandyci uciekli, a wraz z nimi zniknęło sporo towaru. Natychmiast zadzwoniłem na policję.

– Czekając na nasz przyjazd, zapewne zdążył się pan trochę ogarnąć – ni to stwierdził, ni zapytał komisarz.

– Otrzepałem ubranie z kurzu, gdyż na nic więcej nie miałem czasu, tylko wypatrywałem waszego przyjazdu – zakończył relację poszkodowany.

– Obawiam się, że nie było żadnego napadu, a pan wszystko zmyślił – oświadczył niespodziewanie komisarz Marciniak.

Czy komisarz Marciniak miał rację?

Rozwiązanie zagadki kryminalnej na kolejnej stronie.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze