O domu nad jeziorem w M. na Mazurach od dawna mówiono: nawiedzony. Starzy mieszkańcy podobno zakopali tu kosztowności, uciekając przed frontową nawałą. Nowi, repatrianci ze Wschodu, nie mogli się opędzić przed szabrownikami. Okazały dom popadał w ruinę. Jakiś czas temu kupili go dwaj bracia Kramkowscy. Waldemar i Norbert byli z takich, o których sąsiedzi wolą za dużo nie gadać.

– „Matejki”! – wzruszali jedynie ramionami i kręcili kółko przy czole, że niby stuknięci artyści.

Kramkowscy, owszem, byli dziwakami, jeśli przyjąć, że nie gonili za pieniędzmi. Wystarczyły im farby, pędzle, sztalugi i piękne krajobrazy wokół. Malowali swoje obrazki, wozili do galerii, na kiermasze. Czasami coś sprzedali. Raz jeden kupiec z mercedesa z niemiecką rejestracją wziął wszystkie na pniu. Po M. gruchnęła nowina, że to były mieszkaniec domu nad jeziorem przyjechał po swoje. Powróciły plotki o zakopanych skarbach, a pewnie i broni w przydomowym ogrodzie. Może coś było na rzeczy… Braci częściej widywano na mieście z kobietami… Musieli być przy forsie.

Teraz młodszy z „Matejków”, Waldemar, leżał w tym ogrodzie w kałuży krwi. Martwy. Obok pistolet pamiętający wojenne czasy. Policjanci już go zabezpieczali. Nieco dalej leżał niedokończony obraz.

Prokurator Zawrotny rozglądał się uważnie, pilnując, by nie zadeptać policjantom śladów. Patrzył na obraz. Stół, na nim dzbanek. I dwie czarne kreski na krzyż.

Dziwne – pomyślał. – Podobno malował pejzaże. Skąd ta martwa natura?

Wygląda na samobójstwo. – Głos policjanta wyrwał Zawrotnego z rozmyślań nad zagadkami sztuki. – Trzeba popytać sąsiadów, odszukać brata.

Norbert Kramkowski właśnie nadchodził.

Kramkowski jestem, brat Waldemara – przedstawił się. – Malowałem… Proszę do domu.

Zawrotny skarcił się w myślach, że z ciekawością obejrzy „nawiedzony” dom. Jeśli nie wcześniej, to teraz zasługiwał na ponurą nazwę – mimo obrazów rozwieszonych na ścianach i poustawianych we wszystkich kątach. Od pejzaży można było dostać oczopląsu. Zaczął jednak przytomnie, od złożenia kondolencji.

Panie Norbercie, proszę przyjąć wyrazy współczucia. Wiem, że to nie pora, ale muszę też zadać kilka pytań.

Oczywiście, proszę pytać. Nie mam nic do ukrycia.

Dziękuję. Jak pan się dowiedział o śmierci brata?

Wczoraj wróciłem z pleneru. Mieszkamy, mieszkaliśmy… – Kramkowski aż westchnął – z bratem. Nie było go w domu. Następnego zadzwoniłem po policję. Dyżurny powiedział, że mam czekać aż przyjadą.

Nie szukał pan brata?

Nie, ostatnio często nie mieliśmy kontaktu. Zająłem się malowaniem, to mnie uspokaja.

Miał pan więc powody do niepokoju?

– Brat przeżywał kryzys twórczy. Był dobrym pejzażystą, lepszym ode mnie. Szukał nowego stylu…

– Martwe natury… – wtrącił Zawrotny.

– Właśnie! Przestał jeździć na plenery, próbował w pracowni. Tę ostatnią przekreślił, bo skończył się jako malarz. To jednak nie powód, żeby strzelać sobie w łeb! I zostawiać mnie z całym majdanem na głowie.

– Hmm, mam obawy, że kłopot z domem nie będzie jedynym. Porozmawiamy o tym na komendzie.

Co nie pasowało Zawrotnemu w „nawiedzonym” domu?

Rozwiązanie zagadki kryminalnej na kolejnej stronie.


1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze