Nazwa spółki pro­dukcyjnej „4tuna” brzmiała nieco dziwacznie, ale jej wła­ścicielom się podobała. Było ich czterech – stąd 4 w nazwie.

Czytana po angielsku i sklejona z dru­gim członem nazwy ukła­dała się jak „For-tuna”. A o nią, o fortunę właśnie, chodziło czwórce wspól­ników. Zaczynali w róż­nym fachu – drukarstwie, informatyce… Dopiero połączenie dwóch specja­lizacji i produkcja druka­rek 3D przyniosło ambit­nym 40-latkom uśmiech fortuny. Trafili w czas, zamówienia płynęły… Fortuna śmiała się pełną gębą! Aż do dziś.

– Szefie, mamy zgłosze­nie z Fortuny… – dzwonił podoficer dyżurny policji w O. – Tak, z tej spółki „4tuna”. Prezes nie żyje. Znaleźli go w gabinecie. Pogotowie zawiadomione, technicy też.

Komisarz Marek Ryński zabrał swoje rzeczy do służbowej octavii i ruszył do strefy rozwoju gospo­darczego, gdzie mieściła się firma. Po drodze roz­myślał, co się mogło wydarzyć? Dokąd jedzie? Na miejsce wypadku czy zbrodni?

Na firmowym parkingu, mimo sobotniego wie­czoru, stało kilka samochodów.

– Tutaj to normalka. Dyrekcja świątek piątek w robocie – powiedział Ryńskiemu ochroniarz i wskazał drogę do szefostwa firmy.

– To musiał być zawał… – mówił jeden z męż­czyzn, kiedy Ryński wszedł do gabinetu prezesa.

– Komisarz Marek Ryński z Komendy Policji w O. Proszę zostać na miejscu. I powiedzieć, co się wydarzy­ło, po kolei – powiedział Ryński, obserwując twarze dwóch mężczyzn stojących w progu pokoju. Trzeci, leżący, nie mógł już nic powiedzieć…

– Nasz kolega nie żyje. To pewnie zawał – powtó­rzył mężczyzna w marynarce. – Nazywam się Mariusz Krupiński, jestem wiceprezesem firmy.

– Janusz Rudnik, wiceprezes – przedstawił się drugi mężczyzna.

– Obaj panowie wiceprezesi?

– Tak. Jest jeszcze trzeci, ale dziś poza firmą, w delegacji. Taką strukturę przyjęliśmy dla wygody. Jeden główny, Marcin Wierzyński, trzech zastępców.

– Mówił pan o zawale, dlaczego?

– Marcin ostatnio bardzo dużo pracował, Znaczy wszyscy dużo pracujemy, nawet w weekendy, jak dziś. Ale on nie potrafił się odstresować…

– Serce mogło nie wytrzymać – dodał Rudnik. – Akurat wszedłem do pokoju, kiedy Marcin wstał od biurka, jakby szedł w stronę okna. „O Jezu!”, powie­dział, pośliznął na dywanie i upadł, chwytając za serce…

Ryński rozejrzał się po gabinecie. Na podłodze gruby dywan. Na nim solidne dębowe biurko, przed nim stolik, dwa głębokie fotele. Marcin Wierzyński, wysoki, ciemny zarost, leżał na wznak. Ręce miał ułożone wzdłuż ciała, dłonie zaciśnięte, stopy naprężone.

– Czy prezes Wierzyński miał jakieś kłopoty? Obawiał się czegoś?

– Co do firmy nie, ale wspominał o bólach serca.

– Panowie często spotykali się w pracy w sobotnie wieczory?

– Tak, firma ma ostatnio dużo zamówień, wymaga nadzoru.

– Podobnie jak nasze dochodzenie w sprawie śmierci prezesa Wierzyńskiego… Jej przyczyny pozna­my po sekcji zwłok.

Komisarz Ryński nie był pewien czy przyczyna śmierci Wierzyńskiego mogła być naturalna. Czy miał rację?

Rozwiązanie zagadki kryminalnej na kolejnej stronie.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze