Nie chodziło jednak wyłącznie o zachowanie w łóżku. Madame dbała o to, by jej dziewczyny potrafiły odnaleźć się w każdej sytuacji i uczyła je, jak zachowywać się ze swobodą, a nawet lekkim znudzeniem w miejscach, o jakich do tej pory mogły tylko śnić. Przyjęcie u króla czy obiad u żony ambasadora, proszę bardzo – „claudetki” radziły sobie ze wszystkim z niewymuszonym wdziękiem. Nic więc dziwnego, że szybko stały się nieodłącznym elementem wyrafinowanych paryskich spędów, czasem stojąc u boku większości zaproszonych gości. W ich szeregach przeważały dziewczyny z zagranicy, szczególne wzięcie miały posągowe Skandynawki. Niczym gwiazdy Złotej Ery Hollywood, każda reprezentowała jakiś określony typ: ta krucha, ta ognista, ta intelektualna. Madame przedstawiała je niewinnie: to jest Eva, malarka z Austrii, to jest Claudia, tancerka z Niemiec. Były dziewczynami, z których ucieszyłby się ojciec każdego młodzieńca, nic więc dziwnego, że niektóre wyspecjalizowały się w fachowym odbieraniu dziewictwa młodym paniczykom. Płacił za to oczywiście tatuś.

Claude właściwie minęła się z powołaniem, ale tylko odrobinę – byłaby świetną swatką. Doskonale znała swoje dziewczyny, a jeszcze lepiej swoich klientów. Niejednokrotnie dobierała ich tak, że małżeństwa nie były rzadkością. Żony wśród „claudetek” znaleźli, miedzy innymi: pewien portugalski hrabia, francuski dziedzic przynoszących fortunę winnic, międzynarodowy handlarz bronią czy udziałowiec jednego z największych domów aukcyjnych z Nowego Jorku. Madame nigdy nie chciała wyjawić nazwisk, ale nie umiała odmówić sobie pewnej zabawy: uwielbiała przeglądać Vogue’a, co chwila wskazując palcem: „O, tę znam” lub „Ciekawe, czy przywita się ze mną na bankiecie…”.

Zdarzały się jednak i rozstania. Pewnego razu jeden z klientów wybrał się do domu Madame, gdy jego narzeczona nie chciała zgodzić się na seks przedmałżeński. Jakie było jego zdziwienie, gdy to właśnie ona otworzyła mu drzwi w buduarze! Dziewczyna uciekła z płaczem, jednak Claude, znana z braku sentymentów graniczącego z okrucieństwem, zmusiła ją do powrotu. Narzeczony wyegzekwował to, za co zapłacił, i zażyczył sobie zwrotu pierścionka.

 

Hamburgery i croissanty

Dziewice najwyraźniej przynosiły Claude pecha. Nieopatrznie przyjęła pewna młodziutką Niemkę, która uparcie trwała przy swojej czystości, co nie przeszkadzało jej jeździć na weekendowe wycieczki z cierpliwymi klientami. W końcu została wyrzucona za narkotyki i zaczęła dręczyć Claude telefonicznymi groźbami. Wreszcie pojawiła się u niej z pistoletem: jedna kula chybiła, druga utkwiła w poduszce marynarki Claude, a trzecia przestrzeliła jej dłoń, zostawiając ją z dwoma sztywnymi palcami („Świetne do odkręcania butelek!”, chwaliła się Madame).

Dziwnym trafem mściwej Niemce nigdy nie postawiono zarzutów, za to Madame nakazano zamknąć przybytek. Była połowa lat 70., we Francji właśnie doszła do władzy wojująca z prostytucją centroprawica i Claude nie mogła dłużej liczyć na delegacje dyplomatów szukających wytchnienia w trudnych negocjacjach. „Potraktowano ją parszywie!”, oburzał się pewien wysoko postawiony znajomy. „Pomyślcie, ile francuskich samolotów pomogła sprzedać!”, lamentował, przypominając też, jak to dzięki serwisom Madame podczas paryskich rozmów pokojowych dotyczących zakończenia wojny w Wietnamie CIA zapewniło swoim agentom wysokie morale. Wdzięczności z pewnością nie zamierzał okazywać pewien pechowy konserwatywny polityk, który korzystając z usług jednej z „claudetek”, został nakryty przez jej lesbijską kochankę i bez spodni wywleczony za drzwi. Niedługo po incydencie Claude została oskarżona o milionowe przestępstwa podatkowe.

Ani myślała płacić. „Jeśli uznają to, czym się zajmuję, za praworządne, naturalnie z chęcią zapłacę, jestem uczciwą kobietą. Bo dlaczego miałabym oddawać państwu pieniądze z nielegalnego budżetu?”, pytała niewinnie, ale nie zamierzała czekać na odpowiedź. W 1976 roku zwinęła interes, zgarnęła pieniądze i pierwszym samolotem uciekła do Los Angeles, gdzie spodziewała się zastać wielu wiernych klientów, od rzecznika prasowego Białego Domu w administracji Kennedy’ego po szefów największych hollywoodzkich studiów filmowych.

Gdy pojawiała się w restauracjach, nieważne, czy kilka stolików dalej siedziała Brigitte Bardot czy Jack Nicholson, wszyscy szeptali o niej, nie mogąc uwierzyć, że właścicielka najsłynniejszego burdelu świata wygląda raczej jak Coco Chanel niż obwieszona złotem matrona. Najwyraźniej uważała jednak, że złoto może przyciągnąć do niej nowy narybek. „Twój mąż nie musi niczego wiedzieć, a zarobiłabyś dość na parę dodatkowych błyskotek”, tak podczas jednej z kolacji Claude usiłowała zwerbować Joan Collins, gwiazdę „Dynastii”.

Dla niepoznaki założyła małą francuską piekarnię, która nie cieszyła się specjalną popularnością. Wkrótce zaczęła rozglądać się za prawdziwym interesem, który zaczęła prowadzić na o wiele mniejszą skalę niż dotychczas. Jej gust okazał się jednak zbyt ekskluzywny – stali klienci oczywiście przychodzili, ale nowych nie przybywało z tych samych powodów, dla których mało kto odwiedzał jej piekarnię: Amerykanie woleli wielkie, ociekające tłuszczem hamburgery zamiast zgrabniutkich croissantów, tym bardziej, że za rogaliki liczyła sobie pięć razy więcej. Zawodowe przyzwyczajenia jednak jej nie opuściły i nawet kiedy w związku z problemami wizowymi na chwilę wylądowała w areszcie, próbowała zwerbować do pracy piękną Meksykankę, z którą siedziała w celi. Po wyjściu łatwo poradziła sobie z problemem. Aby otrzymać Zieloną Kartę zaranżowała małżeństwo z pewnym barmanem-gejem (ze swoim poprzednim mężem, którego też poślubiła dla wizy, tym razem szwajcarskiej, była już na szczęście rozwiedziona).

< 1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze