Dla wielu ludzi nie ma nic lepszego na miłe roz­poczęcie dnia jak filiżanka dobrej kawy. Jednych stawia na nogi mocne espresso, drugich mała czarna z mlekiem. Komisarz Masłowski mógł obyć się bez tego magicznego napoju, bo rankiem musiał napić się aromatycznej herbaty.

Sam ją parzył w por­celanowym imbryku, z zegarmistrzowską precyzją 3 minuty, bo tyle potrzeba, by czarny napar postawił go na nogi i dał mocnego „kopa”. Bez kawy nie wyobrażał sobie popołudnia. Około godziny 15, 16 obowiązko­wym punktem każdego dnia była filiżanka mocnej, świeżo zaparzonej „małej czarnej”. Przyzwyczaił się, że to jedyny sposób, aby dodać sobie energii na drugą część dnia.

Tamtego letniego popołudnia siedział w kawiar­ni „Kaprys” i razem z żoną sączył kawę. Lokal nie wyróżniał się niczym szczególnym. Położony na par­terze dwupiętrowej kamienicy, od prawie 20 lat nie przeszedł większego remontu. I może na tym polegał jego urok. Do tego wspaniała obsługa: miła i kompe­tentna, nie zmieniała się co miesiąc jak u konkuren­cji. Kelnerki znają swoich stałych klientów, ich gusta i upodobania kulinarne, chętnie gawędzą, obsługują bez zbytniego pośpiechu. Ciepła, domowa atmosfera. Do tego smacznie i tanio!

Masłowski wyrwał się na godzinkę z pracy, siedział z żoną przy stoliku ustawionym na chodniku, przy murku kamienicy. Rozmawiali na zwykłe, małżeńskie tematy.

Nagle, tuż obok nich, na ziemię upadła biała koperta. Masłowski wziął ją do ręki. Była zaklejo­na, ale sądząc po wadze, coś musiało być wewnątrz. Zaintrygowany komisarz rozerwał kopertę. W środku był klucz, najprawdopodobniej do zamka w drzwiach.

Chyba ktoś wyrzucił ją przez okno – stwierdził Masłowski i spojrzał w górę kamienicy.

Okna na pierwszym pię­trze były zasłonięte roletami, ale piętro wyżej dwa okna były otwarte.

Pójdę tam na górę, zobaczę co się dzieje. Coś mi tutaj nie gra!

Minutę później stał przed wejściem do miesz­kania numer 3. Z szyldu na drzwiach wynikało, że mie­ści się tam pracownia jubi­lerska Antoniego Dworaka. Zadzwonił, ale nikt nie otwie­rał. Przyłożył ucho do drzwi, usłyszał jakieś szmery. Nie namyślając się wiele, skorzy­stał z kluczyka znalezionego

w białej kopercie. Pasował jak ulał. Sprawa była coraz bardziej intrygująca!

Wewnątrz pracowni jubilerskiej, przed biurkiem ustawionym na wprost otwartego okna, na krześle, siedział mężczyzna, na oko 60-latek. Ktoś przywiązał mu nogi do krzesła, tułów do oparcia i zakneblował usta. Masłowski od razu rozwiązał nieszczęśnika.

– Co się panu stało? Wszystko w porządku? – dopy­tywał policjant.

– Kilkanaście minut temu napadło na mnie dwóch zamaskowanych bandytów. Zadzwonili do drzwi, myśla­łem, że to jacyś klienci. Gdy im otworzyłem, wycelowali we mnie pistolet, kazali usiąść przy biurku, tam mnie związali i zakneblowali. Zabrali wiele precjozów, nie potrafię jeszcze oszacować strat. Drzwi zamknęły się za nimi na zamek zatrzaskowy. Nie byłem w stanie się oswobodzić, na szczęście na biurku leżało kilka kopert i klucz. Miałem trochę swobody w rękach. Udało mi się go włożyć do koperty, którą zakleiłem, żeby nie wyleciał, jak będę rzucał przez otwarte okno. I tak się szczęśliwie złożyło, że upadła obok człowieka, który wiedział co zrobić! Nie spodziewałem się, że pomoc nadejdzie tak szybko, bo żona jest na drugiej zmianie i wróci dopiero późnym wieczorem.

– Miał pan trochę szczęścia, ale i pecha. Jestem policjantem i od razu domyśliłem się, że pana opo­wieść jest niekonsekwentna. Podejrzewam, że razem ze wspólnikiem albo wspólnikami sfingował pan ten napad. Panie Dworak, jest pan zatrzymany. Śledztwo wyjaśni, dlaczego pan kłamał – stwierdził policjant.

 

Na jakiej podstawie komisarz Masłowski domyślił się, że jubiler go oszukuje?

Rozwiązanie zagadki kryminalnej na kolejnej stronie.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze