M.L. Longworth – pisze dla „Washington Post”, „Timesa” czy „Independent”. Eseistka, wydała m.in. dwujęzyczny zbiór „Une Americaine en Provence”. Uczy pisarstwa w Paryżu na New York University. Mieszka w regionie Aix-en-Provence, który uczyniła miejscem akcji „Śmierci w Château Bremont”. Powieść dała początek serii kryminałów prowansalskich.

Twoje książki to przede wszystkim kryminalne intrygi. Czemu kobieta-pisarz sięga po taki gatunek?

Nie trzeba być mężczyzną, aby pisać kryminały! Weźmy chociażby… Agathę Christie! Muszę jednak przyznać, że moje książki nie są tak „mroczne” jak to się dzieje na przykład w thrillerach. Są oparte raczej na intrydze, bohaterach i ważnych dla akcji miejscach. Nie są brutalne, ani krwawe. Wokół nas, w prawdziwym życiu, jest wystarczająco dużo przemocy.

Jak wiele łączy historię z książki, z historią o Aix? Czy w tym prowansalskim mieście szerzy się przestępczość?

Aix nie jest dużym miastem. Jeśli mieszkasz na przedmieściach, codziennie widzisz te same twarze. Spodobał mi się pomysł usytuowania detektywa w takiej rzeczywistości – Velaque zna wszystkich i wie naprawdę dużo o swoich sąsiadach. Spaceruje ulicami przedmieść, paląc cygaro… To całkowite przeciwieństwo wyobrażenia o policjantach z dużych miast. Aix nie jest miejscem pełnym przestępstw, ale jest miastem pełnych kilkusetletnich zamków i domów, co czyni go doskonałym tłem kryminalnej intrygi.

Czy któryś z bohaterów „Śmierci w Chateau Bremont” jest szczególnie ci bliski?

Charakter bohaterów oparłam na wielu zmiennych. Ja, jestem trochę i Velaqu’iem i Bonnet. Jestem jak Marine – też uczę na uniwersytecie i… mam przyjaciółkę, która jest straszną gadułą. Jak Antoine, bo lubię gotować, kocham wino i kubańskie cygara.

Twoja książka całkowicie przenosi czytelnika do Prowansji. Czy to jest twoje miejsce na ziemi?

Przyjeżdżając do Aix, wiedziałam, że po kilku latach stanie się dla mnie prawdziwym domem – takim na całe życie. Jest bardzo różnorodne pod względem kulturowym i jednoczesnie „przytulne” –  wystarczy piętnaście minut, aby spacerem zwiedzić całe miasto. Nie trzeba dodawać, że to piękne miasto, a jego mieszkańcy są bardzo dumni z własnej historii.

Czy znasz pisarkę – królową polskiego kryminału Joannę Chmielewską?

Znam! Chciałabym, aby moje książki miały tyle humoru! Na początku, miałam wątpliwości, czy humor jest wskazany w takich opowieściach. Teraz wiem, że nawet w takim gatunku, można ironizować i żartować. Czasem piszę o swoich spostrzeżeniach na temat mieszkańców Aix – o ich dziwactwach, przyzwyczajeniach. Tak samo robiła Chmielewska, obrazując Polaków w swoich książkach.

Kto jest dla ciebie autorytetem jeśli chodzi o kryminał lub w ogóle literaturę? Jakie książki ty czytasz?

Uwielbiam książki Barbary Pym, brytyjskiej pisarki której powieści stały się kultowe w latach 50 i 60-tych. Była wspaniała obserwując i opisując wszystkie „szczegóły” angielskiego życia. Jej bohaterowie silni, ale delikatni, jak Austen. Sposób, w którym pisze o małżeństwie i to, w jaki sposób kończy swoje historie, wzbudziły wiele kontrowersji w tamtych czasach. Jeśli nie czytaliście, sprawdźcie sami!

Wykładasz pisarstwo na New York University w Paryżu. Czy studenci, młode pokolenie, wciąż są zainteresowani pisaniem kryminałów?

Na New York University uczę eseistyki. Studenci nie deklarują żadnego „ulubionego” gatunku, ale jestem pewna, że wielu z nich ma predyspozycję do tego, aby pewnego dnia stworzyć naprawdę dobrze skrojony kryminał. Uczę ich, w jaki sposób wsłuchać się w  indywidualny, pisarski głos.

Czy usłyszałaś kiedyś historię, która w szczególny sposób tobą wstrząsnęła? Może jest to jakaś kryminalna historia, która zainspirowała cię do napisania książki „Śmierć w Chateau Bremont”?

 Uwielbiam serię kryminałów Colina Dextera, czyli opowieści inspektora Merse’a. I oczywiście cykl o komisarzu Brunetti Donny Leon. Każda z nich osadzona jest w małym, pięknym miasteczku. Moją opowieść o zbrodni w Zamku Bremontów, stworzyłam zaraz po powrocie z wakacji. Odwiedziłam przyjaciół, którzy mieszkali na obrzeżach Aix. Zwiedzając stare rezydencję, zobaczyłam piękne olejne obraz, ogromne stuletnie lustra, wielkie okna, sięgające wysokich sufitów. Były tam też porcelanowe zastawy i rodzinne portrety. Podeszłam do okna, a moja przyjaciółka powiedziała, że łatwo jest z niego wypaść i że kiedyś słyszała historię o tym, że… Wróciłam do domu i napisałam pierwszy rozdział „Śmierci w Chateu Bremont”.

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze