Wszyscy zebrani byli za. W protokole napisano, że powodem tej decyzji jest nieudolne spełnianie przez pracownika obowiązków służbowych. Dyrektor kazał sekretarce wezwać Jana G. na godzinę 9.45. Była to ostatnia sprawa, którą tego dnia chciał załatwić przed wyjazdem do Warszawy. Oczekując na strażnika, pakował różne dokumenty do aktówki.

 

Zabił mnie ten drań!

Co zdarzyło się potem, można odtworzyć tylko na podstawie zeznań świadków złożonych podczas śledztwa.

Księgowa usłyszała huk, a po nim krzyk Łazarskiego:

– Zabił mnie ten drań, zabił!

     – Wbiegłam do gabinetu – zeznała podczas przesłuchania – dyrektor leżał na podłodze z założonymi na krzyż rękami. Rozpięta marynarka odsłaniała zakrwawioną koszulę. Drzwi na korytarz były otwarte. Zobaczyłam stojącego tam G. z otwartą dubeltówką. Pod drzwiami gabinetu leżała łuska chyba koloru czerwonego.

Sekretarka dyrektora zapamiętała ostatnie słowa szefa:

– Pani Jadziu, kryłem się przed strzałem.

Kadrowa nie miała wątpliwości, że strażnik po chwili namysłu zamknął strzelbę i wyszedł na dwór.

Wtedy ja z Jadwigą zadzwoniłyśmy na pogotowie i milicję. Błagałyśmy, żeby przyjeżdżali szybko, bo ten szaleniec wszystkich nas powystrzela.

Tymczasem Jan G. przez nikogo niezatrzymywany, z fuzją na ramieniu, pojechał na odlegle o 150 metrów od pałacu pegeerowskie podwórze. Akurat przechodził tamtędy jego 22-letni syn. Zatrzymał go i bez słowa uściskał. Potem wszedł do obory, gdzie pracowała żona. Wywołał ją na zewnątrz. Usłyszała tyle:

Fuzja mi wystrzeliła, Łazarski chyba nie żyje. Kobieta zemdlała.

     Dyrektor zmarł w drodze do szpitala.

Kula przebiła lewą tętnicę podbrzusza i uwięzła w kości miednicy. Śmierć nastąpiła wskutek wykrwawienia się.

O tragedii w PGR-ze napisało wiele gazet. Wizytom dziennikarzy w majątku nie było końca. W swych reportażach zamieszczali coraz to nowe szczegóły o sprawcy (nie stroniąc od potępienia go), a gdy nowych informacji już nie było, niektórzy je wymyślali. Jak np. tę, że Jan G. w dzieciństwie wyłupywał kotom oczy. I że pracownicy PGR-u domagają się ustawienia na największym placu Płocka szubienicy.

Przyprowadzony z aresztu do oficera śledczego Jan G. wyjaśniał, jak doszło do nieszczęśliwego – jego zdaniem – wypadku w gabinecie dyrektora:

Naładowałem dubeltówkę nabojami brenekami, bo planowałem zastrzelić wałęsające się psy. Nic z tego nie wyszło, nie trafiłem. Byłem przekonany, że odpaliły obie lufy. Po powrocie do domu położyłem broń na szafie. Kiedy wezwano mnie do pałacu, wziąłem strzelbę. Spodziewałem się, że dyrektor likwidując etat strażnika łowczego przesunie mnie do innej roboty, gdzie strzelba nie będzie mi potrzebna. Nie zdawałem sobie sprawy, że w magazynku tkwi kula. Przy zdejmowaniu z ramienia, dubeltówka sama odpaliła.

Jan G. przekonywał śledczych, że przydzielono mu starą broń, pochodzącą jeszcze sprzed wojny, która od dawna była niesprawna. Kilka miesięcy wcześniej też wypaliła niespodziewanie, stracił wtedy palec u nogi. Po tym wypadku została oddana do sprawdzenia przez miejscowego rusznikarza. Nie miał opinii dobrego fachowca, ale w okolicy innego nie było. Po każdej kolejnej naprawie strzelba była w coraz gorszym stanie.

Przesłuchiwani pegeerowcy wystawili Janowi G. złe świadectwo.

Kowal z kuźni opowiedział o pewnym wydarzeniu. Jego córka i rodzina strażnika mieszkają w budynku w tej samej klatce. Kiedyś szedł do córki i natknął się na Jana G., który w progu swego mieszkania zarzynał kaczkę. Ni stąd ni zowąd mężczyzna przystawił kowalowi zakrwawiony nóż do szyi i zaśmiał się, że wystarczy tylko pociągnąć.

     – Oblał mnie zimny pot – wspominał świadek.

Ludzie mówili, że G. strugał ważniaka, bo dostawał dolary od dewizowych myśliwych. Chwalił się tym, często wyolbrzymiając korzyści. Dali mu 5 dolarów, to mówił, że dostał 50. Kiedy ktoś go częstował sportem odpowiadał, że pali tylko francuskie. Może dlatego tak się zachowywał, bo w głębi duszy czuł się gorszy od innych. Nie umiał czytać ani pisać, dzieciństwo kojarzyło mu się wyłącznie z głodem i biedą. Wiedział, że ludzie z PGR-u mówią o nim za jego plecami: ciemniak, nieuk.

Jedynym człowiekiem, który go doceniał, był poprzedni dyrektor majątku, Jerzy Pietraszewski. Mieli wspólny temat: polowanie. Kiedy dyrektor zdecydował się na założenie bażanciarni, okazało się, że G. wie o tych ptakach wszystko. Zresztą nie tylko o bażantach. Potrafił dogadać się z puchaczami, aby odstraszały dziennych drapieżników, znęcić dziki. To dzięki dyrektorowi Pietraszewskiemu Jan G. ukończył odpowiedni kurs i został strażnikiem łowieckim.

 

Przegrana mecenasa

Oskarżony o zabójstwo stanął przed sądem. Płacząc, powtarzał wielokrotnie:

Nie chciałem zabić dyrektora, strzelba sama wypaliła.

Zdaniem biegłego istniał cień możliwości, że tak się rzeczywiście stało. Dał temu wyraz w swej ekspertyzie, jednakże odpytywany na rozprawie odrzucił taką ewentualność.

 

Prokurator dowodził, że groźba utraty ciepłej posadki, pozwalającej zarobić obcą walutę i uzupełnić zapasy amunicji poza ewidencją, mogła wyzwolić u oskarżonego chęć zemsty. Powołał się na świadków, którzy przytaczali słowa wypowiadane przez G. Wszystkie dowodziły tego, że chciał wykończyć dyrektora.

< 1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze