Dziewczyna zbladła i oburącz uchwyciła się blatu biurka. Nagle straciła pewność siebie. Wystarczyło kilka pytań, będących raczej stwierdzeniami, by z płaczem wyznała ponurą prawdę. Tak, wtedy w feralny wieczór oblewali przy Klecińskiej udaną zbiórkę żelastwa. Oprócz znanej już trójki był jeszcze Zenek, najstarszy uczestnik spotkania. W pewnym momencie rozochocony „dyktą” Czesiek zaczął się obcesowo do niej zalecać, ale nic z tego nie wyszło, bo Piotr wygonił go do altanki. To i amant poszedł grzecznie spać. Oni dalej pili przy ognisku.

Ale Piotr dostał małpiego rozumu. Wstał i powiedział, że nie daruje temu (tu padło niecenzuralne słowo) za podwalanie się do jego laski. Perswadowali mu, by głupot nie robił, bo przecież Czesiek śpi pijany, ale takie tłumaczenie jeszcze bardziej go rozwścieczyło.

Wszedł do altanki, nie było go kilka minut. Jak się znowu pojawił, to tylko powiedział, że… zarąbał gnoja! Początkowo mu nie uwierzyli. Niestety, gadał prawdę.

Zostało im w butelce jeszcze trochę denaturatu, Piotr oblał nim zwłoki, ściany altanki poobtykał papierami i pstryknął zapalniczką. Kiedy buda stanęła w ogniu, się szybko wynieśli w stronę centrum miasta. Po drodze minął ich wóz strażacki na sygnale.

 

Niewygodny świadek

Przez kilka dni błąkali się „po berzie i kimali gdzieś przy ścieżce”, jak włóczędzy i narkomani określają wrocławski Dworzec Główny i ulicę Piłsudskiego. Piotr miał swoje święto, czyli „dożyłki”, bo razem z Zenkiem oczyścili kilka piwnic, wynosząc z nich rowery. Wszystkie fanty opchnęli hurtem przypadkowemu paserowi. Starczyło na kilka flaszek i „centów” polskiego kompotu. Jak szmal się skończył, wrócili do ogródków przy Klecińskiej, ale już do tych położonych po drugiej stronie ulicy. Tutaj też nie brakowało opuszczonych altanek. Skombinowali prowizoryczne palenisko, wodę brali ze studzienki, i tak mijał im dzień za dniem na zbieraniu surowców wtórnych oraz włamaniach do okolicznych piwnic.

Zenek miał pecha, bo chwilowo wysiadł z interesu. Przez głupotę. Wypatrzył zaparkowane auto z aluminiowymi felgami. Postanowił ukraść koła i kiedy już je odkręcał, został przyłapany przez właściciela. Nie dość że dostał solidny wycisk, to jeszcze złamaną ręką musiał odkręcone już felgi z powrotem założyć. Na pogotowiu zagipsowali mu łapę do pachy, ale szlag trafił szaber. Bieda zaczęła mu ostro doskwierać. Agnieszka usiłowała go po kryjomu dokarmiać i poić, lecz Piotr zabronił jej bawić się w samarytankę:

– Nie chciał mnie wziąć na robotę, to ma za swoje. A jak zobaczę, że mu dajesz żarcie, to masz wp…l! – zagroził.

Musiała go słuchać, bo miała możliwość już się przekonać boleśnie, że z tym chłopakiem żartów nie było. Panicznie się go bała. Niejednokrotnie ją pobił, ostatnio nawet złamał jej rękę podczas swoistej demonstracji sztuki walki, którą kiedyś podobno uprawiał.

O tym, że dziewczyna mówi prawdę, świadczyły siniaki na jej ciele. Później dokonano także obdukcji, która rzeczywiście wykazała złamanie prawej ręki, źle złożonej i przez to fatalnie zrośniętej. Ale to chłopak założył jej łupki w postaci dwóch kawałków kory, ściśniętej następnie bandażem elastycznym.

 

* * *

Wróćmy jednak do sytuacji na działkach. Między Piotrem a Zenkiem coraz częściej dochodziło do awantur na tle podziału łupów, a także codziennych konfliktów związanych ze wspólnym zamieszkiwaniem w altance. Pewnego dnia ten drugi zagroził, że jak się jego kompan będzie stawiał, to go po prostu sypnie i niech nie będzie taki chojrak, bo z pierdla do końca życia może nie wyjść. Na takie dictum Piotr wstał, złapał za siekierę i wyrżnął kilka razy Zenka w głowę.

Agnieszka W. zeznała, że patrzyła na to z przerażeniem, obawiając się, że stanie się kolejną ofiarą furiata. Dlatego nie oponowała, gdy kazał jej złapać zamordowanego za nogi i pomóc we wrzuceniu go do studzienki. Sęk w tym, że ta była zbyt płytka i Zenkowi nogi wystawały ponad cembrowinę. Łamali więc te sterczące w niebo nogi, upychali ciało, ale bezskutecznie. Za nic nie chciało się zmieścić w betonowej dziurze.

 

Piotr chciał byłego kompana pokroić na kawałki, lecz ostatecznie się rozmyślił. Bo przyszło mu do głowy, że jeśli jakąkolwiek część ciała zamordowanego znajdzie jakiś działkowicz, to i tak poleci z wrzaskiem na policję, a ta doszuka się reszty zwłok. Razem z dziewczyną wykopali półmetrowy dół i zagrzebali w nim zwłoki. Sami się wynieśli kilka kilometrów dalej, na działki przy ulicy Legnickiej.

Na wskazaną przez Agnieszkę W. działkę pojechała ekipa dochodzeniowa wraz z prokuratorem. Znaleziono zwłoki mężczyzny i przewieziono do zakładu medycyny sądowej. Teraz należało uniemożliwić dalsze działanie Piotrowi C. Ten szaleniec był niebezpieczny, zabił dwa razy i wiadomo było, że życie ludzkie nie przedstawia dla niego żadnej wartości. Policjanci wiedzieli, gdzie prawdopodobnie może on przebywać. Byli pewni, iż jeszcze nie wie, że został powiązany z dwoma zabójstwami.

Zapewne sądził, że dziewczyna nie miałaby powodu, żeby się do nich przyznawać, skoro zatrzymali ją za kradzież butelki wódki. Przecież nie będzie siebie obciążać. Jako wspólniczka krwawej rozprawy z pewnością – jak morderca przypuszczał – na komendzie będzie trzymać język za zębami. Bo co jej mogą za tę gorzałę zrobić?

< 1 2 3>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze

[fbcomments]