To nie ten!

W zasadzce uczestniczył cały pluton policji, część funkcjonariuszy w pełnym rynsztunku bojowym, składającym się głównie z kamizelki kuloodpornej i broni gładkolufowej na gumowe pociski, ale o większej sile rażenia. Po kilku godzinach oczekiwania otrzymano od wystawionej czujki sygnał drogą radiową, że „jakiś obiekt, o wyglądzie zbliżonym do podanego rysopisu, idzie alejką w stronę obserwowanej altanki”. Rzeczywiście, w polu widzenia pojawił się młody mężczyzna.

– Czy to Piotr C.? – zapytano Agnieszkę.

– Tak, to on!

„Obiekt” błyskawicznie osaczono, jednak nie dostosował się do policyjnego wezwania: – Policja! Wyciągnąć ręce nad głowę i położyć się na ziemi! Widać  było, że mężczyzna jest zaskoczony i przerażony, kiedy otoczyło go kilku facetów w czarnym umundurowaniu. Nie dano mu się otrząsnąć z szoku. Dostał kolbą karabinu w kark tak, że natychmiast znalazł się, zgodnie z poleceniem, na ziemi. Równie szybko zakuto go w kajdanki i triumfalnie, utytłanego w błocie, przyprowadzono do samochodu komisarza dowodzącego akcją.

Tu nastąpiła konsternacja, bo siedząca w aucie Agnieszka W. spojrzała na mężczyznę i spokojnie skonstatowała: – E, to nie Piotrek, nie znam tego faceta!

Rzeczywiście, zatrzymany miał przy sobie dowód osobisty, z którego jasno wynikało, że przez pomyłkę dziewczyny sponiewierano Bogu ducha winnego człowieka, niejakiego Romualda P. Dobrze, że kiedy mu wytłumaczono, iż wzięto go za groźnego przestępcę i przeproszono za obcesowe potraktowanie, nieborak swoją przygodę, okupioną zsiniałym karkiem i zabłoconym ubraniem, skwitował dość zabawnie brzmiącą w tym momencie uwagą:

– Nie szkodzi, stało się, trudno.

To ci dopiero obywatelska postawa, pełna zrozumienia dla wprowadzonych w błąd stróżów prawa! Tymczasem, z drugiej strony alejki pojawił się… Piotr C. Wychynął nagle zza jakiegoś krzaka i wszedł do obserwowanej altanki.

– Czy to ten?

Agnieszka W. skinęła głową. Policjanci nie bawili się w ceregiele. Kopniakiem wywalili i tak zdezelowane drzwi, rzucili bandziora na podłogę, skuwając mu ręce do tyłu. Z obezwładnieniem poszło gładko, gdyż Piotr C. był kompletnie pijany i naćpany. Musiano go przewieźć do dysponującej solidnym ryglem izolatki izby wytrzeźwień, gdzie dochodził do siebie pod czujnym okiem personelu.

Po 12 godzinach odebrano go z tego „żłobka” i zawieziono na przesłuchanie do komisarza Artura M. Ten spokojnie zapytał:

– No i co, panie Piotrze, na lekki chlebek się pan przerzucił? Supermarkety pana sponsorują gorzałką, na koncie są też włamania do piwnic. Wiemy o tym doskonale, ma pan już długi rejestr wyczynów.

Piotr C. wyraźnie się odprężył. O to chodzi. Ani myślał iść w zaparte. Zaczął się rozwodzić nad swoim losem wyrzuconego z rodzinnego domu chłopaka, i zapewniał, że włamania to tylko epizod, tak na co dzień to zajmował się zbieractwem, żył z puszek i złomu. A ta gorzałka sklepowa była nic nieznaczącym wybrykiem, on chętnie stratę supermarketu pokryje…

Nie przerywano mu tego słowotoku. Jednak komisarz po dłuższej chwili wypalił znienacka, nie bawiąc się już w grzecznościowe konwenanse:

– A zaciukanie siekierą Cześka, to też epizod?

Widać było, jak z twarzy zabójcy odpływa nagle krew. Zwiesił głowę i milczał przez dłuższy czas. Tak było, złapał za siekierę, bo „wyszedł z nerw” – przyznał po kwadransie. Altankę podpalił, bo chciał zatrzeć ślady, ale tego wieczora za mokro było i buda nie za bardzo chciała się spalić. Tłumaczył, że to było zabójstwo w afekcie, bo po pierwsze – kolega chciał mu zgwałcić dziewczynę, a po drugie – on sam nie pamięta, jak złapał za śmiercionośne narzędzie, bo był akurat pijany i jeszcze pod wpływem narkotyków.

– A Zenka też zarąbałeś w afekcie?

Tu nastąpiła kolejna przerwa w zeznaniach, zatrzymany był w głębokim szoku. Wiedziano o nim wystarczająco dużo, a on, głupi, sądził, że „psom” chodzi tylko o te głupie włamy.

Nastąpiła zmiana w jego zachowaniu. Od tej pory zeznawał już otwarcie, przyznając się nie tylko do tych dwóch morderstw, lecz również do licznych włamań, połączonych z kradzieżami. A co do tego drugiego gnoja – przyznał, że zabił z obawy przed zakapowaniem, którym groził jego mimowolny wspólnik zbrodni.

Komisarz zagrał va bank: – Dobra, te włamy i dwie głowy już mamy wyjaśnione. Ale to, Piotrusiu, nie wszystkie twoje grzechy, bo masz ich więcej na sumieniu, co?

Młody człowiek nie zastanawiał się długo.

– Jak wiecie o dwóch głowach, to o fotografie z Grabiszyńskiej też już się dowiedzieliście, więc nie mam co kręcić. Rok temu nocowaliśmy na berzie, czyli Dworcu Głównym. O północy obudził mnie kac, poszedłem na „czarną ścieżkę” i tam na Piłsudskiego spotkałem homosia czyli homoseksualistę…

Piotr C. musiał być sprawcą i tego mordu, bo inaczej nie znałby pewnych istotnych szczegółów. A było tak: od słowa do słowa obydwaj się dogadali i Piotr C. poszedł z tym mężczyzną na Grabiszyńską. Dochodziła godzina 4 rano, kiedy skończyła się zakupiona w nocnym sklepie butelka wódki i gospodarz uznał, że jego gość powinien się już odwdzięczyć w jednoznaczny sposób. Zaczął dobierać się do pijanego chłopaka, ten go ze złością odepchnął tak, że fotograf walnął głową o kaloryfer i stracił przytomność.

Ocknął się i zaczął krzyczeć, bo zobaczył, jak niedoszły amant plądruje mu mieszkanie. Wtedy Piotr C. złapał leżące na stole nożyce i dźgnął fotografa prosto w serce. Później mógł już spokojnie wynieść kilka co cenniejszych przedmiotów. Zamknął za sobą drzwi na zabrany z kieszeni denata klucz, który wyrzucił gdzieś po drodze.

– Ale to już wszystkie moje trzy głowy, panie komisarzu, innych już nie było, jak Boga kocham!

 

* * *

Piotr C. i Agnieszka W. odpowiedzieli już przed sądem za swoje czyny. Dziewczynę uratowała opinia biegłych psychologów, którzy stwierdzili, że działała pod wpływem psychofizycznego szantażu i rzeczywiście miała podstawy obawiać się o swoje życie. Stąd jej bierność wobec zbrodniczych poczynań konkubenta. Otrzymała karę pięciu lat pozbawienia wolności. Piotr C. został skazany na dożywocie – bez prawa do starań w przyszłości o warunkowe zwolnienie.

Dodajmy jeszcze, że komisarz Artur M. za wykrycie sprawcy trzech morderstw dostał znaczną nagrodę i przeniesiono go jednocześnie do wydziału kryminalnego komendy wojewódzkiej. Jest nadzieja, że i w nowym miejscu jego pracy statystyka wykrywalności ciężkich przestępstw znacznie wzrośnie, ku zadowoleniu wrocławian.

Jan Szczerkowski

< 1 2 3

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze

[fbcomments]