Cień terroru stał się dostrzegalny w opustoszałych centrach handlowych i na trasach szybkiego ruchu. Ludzie nie potrafili oderwać się od tematu zamachów dokonywanych blisko ich domów.

Świetnie sprzedawały się gazety, wypełnione reportażami z miejsc tragicznych zdarzeń. Telewizja nadawała programy specjalne, w których szef policji Charles Moose wyrażał umiarkowany optymizm, że sprawca lub sprawcy  terroru nie wygrają tej wojny ze społeczeństwem, a zwłaszcza z profesjonalistami takimi jak on, stojącymi na straży prawa.

 

Strzał do dziecka

W niedzielny wieczór 6 października szef Charles Moose po raz kolejny próbował uspokoić rodziców. Przyrzekł, że już za kilkanaście godzin, w poniedziałkowy poranek, w rejonie szkół pojawią się wozy patrolowe, a obecność funkcjonariuszy powinna zagwarantować bezpieczeństwo dzieci.

Kapitan Moose powtórzył te zapewnienia w porannych dziennikach telewizyjnych w poniedziałek, 7 października, dodając z nieukrywaną satysfakcją: „Szkoły zaczynają nowy dzień w sposób normalny i niczym niezakłócony”. W chwili gdy wypowiadał te słowa, pocisk snajpera zwalił z nóg ucznia siódmej klasy szkoły Benjamin Tasker w miasteczku Bowie w stanie Maryland. Trzynastolatek Iran Brown otrzymał postrzał kilka minut po godzinie ósmej, natychmiast potem, gdy wyszedł na szkolny trotuar z samochodu swej ciotki. Tanya Brown, z zawodu pielęgniarka, która codziennie podwoziła go do szkoły, ujrzała w lusterku jak chłopiec  pada na chodnik. Natychmiast wrzuciła wsteczny bieg i na widok krwi zatelefonowała na policję, a potem bez wahania wtaszczyła chłopca do samochodu i popruła do najbliższego szpitala. Pocisk kalibru 223 trafił go w brzuch i naruszył niemal wszystkie organy wewnętrzne. Lekarze tylko cudem zdołali utrzymać trzynastolatka przy życiu.

Kapitan Charles Moose nie potrafił powstrzymać łez. Podczas drugiej konferencji prasowej w ten poniedziałkowy poranek, transmitowanej na cały kraj, kamery pokazały jego twarz w momencie niczym niekontrolowanej słabości. Płacząc przed kamerami kapitan Moose stał się kolejnym bohaterem Ameryki. W USA łzy silnych mężczyzn nie są niczym nagannym; wręcz przeciwnie – stają się czasem  przepustką do sławy. Pokazują bohatera w szczytowym momencie jego szczerości. „Ktoś posunął się aż tak daleko w nienawiści do ludzi, że wziął na cel dziecko – mówił przez łzy Charles Moose. – Teraz i my idziemy na całość. Nasze dzieci nie zasłużyły sobie na to. Strzelać do dziecka… Od tej pory traktuję to jak osobistą zniewagę”.

Dzięki tym scenom kapitan Charles Moose, jeden z kilku tysięcy szefów policji w małych rejonach administracyjnych USA, stał się nie tylko bohaterem dnia, lecz również główną postacią telewizyjnych programów oraz autorem wysokonakładowej książki. Relacjonując kilkakrotnie w ciągu dnia na konferencjach prasowych przebieg walki z nieuchwytnym terrorystą, został osobą (a właściwie osobistością) medialną, jedną z najbardziej popularnych twarzy roku 2002.

Zamach na ucznia skłaniał do przerażających wniosków. Snajper jest zdeterminowanym szaleńcem, człowiekiem pozbawionym sumienia i ludzkich uczuć. Nieważne z jakich pobudek działa, osobistych czy politycznych, uczynił teraz wszystko, by ekstremalnie zaognić sytuację i wywołać w społeczeństwie jedno wielkie pragnienie zemsty. W listach do gazet pojawiły się nawoływania do samosądu. Gdyby został ujęty na gorącym uczynku, niewątpliwie groziłoby mu wdeptanie w ziemię przez rozwścieczony tłum. Bo ciężkie postrzelenie trzynastolatka niemal na progu szkoły potraktowane zostało jako najbardziej dotkliwy cios w bezpieczeństwo Amerykanów. Nienawiść ludzi obróciła się przeciwko sprawcy. Nieważne, czy jest to islamista z Al-Kaidy, czy jakiś szaleniec strzelający do ludzi za podszeptem sobie tylko znanych demonów.

Strach udzielił się wszystkim rodzicom. Dokonane z premedytacją postrzelenie chłopca (ten strzał mógł go przecież zabić) ponownie postawiło szkoły w rejonie Waszyngtonu w stan pogotowia, znany jako Code Blue. Odwołane zostały wszystkie zajęcia po godzinach i wycieczki szkolne. We wtorek 8 października w ochronę dzieci zaangażowali się rodzice. Nie ufając autobusom szkolnym, masowo podjęli akcję dowożenia dzieci do szkół, co wzmagało nastrój paniki. Helikoptery różnych służb policyjnych i militarnych krążące nad głowami, radiowozy patrolujące rejon szkół, rodzice przebiegający z dziećmi możliwie jak najszybciej odległość od samochodu do szkolnych drzwi. W takiej atmosferze rozpoczynał się i kończył dzień w miejscowościach na obrzeżach Waszyngtonu.

1 2>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze