Mogą złorzeczyć każdemu, tylko nie wolno im używać brzydkich wyrazów. Zazwyczaj piszą na papierze w kratkę, często drukowanymi literami. Kilkanaście stron to norma, bywa i kilkadziesiąt. Więźniowi nie spieszy się. Może swój list przepisać kilka razy, zmieni tylko nagłówek.

 

Odbiorcami są przede wszystkim sąd i prokuratura, ale również takie instytucje, jak: Rzecznik Praw Obywatelskich, Fundacja Helsińska, Rzecznik Praw Pacjenta, Czerwony Krzyż, Sejm, Senat, Komitet Zapobiegania Torturom i Nieludzkiemu Traktowaniu w Strasburgu. Treść listów zmienia się w zależności od tego, jak długo skazany jest już za kratami.

 

Byłem niepoczytalny

Na początku zazwyczaj kwestionują prawomocny wyrok. Jeśli jest to skazanie z art. kk 148 (za zabójstwo), kołem ratunkowym może być podważanie opinii biegłych psychiatrów. Zdarza się, że więzień poświęca nawet kilka lat na przekonywanie, że popełnił czyn w stanie niepoczytalności.

Do dziś do Sądu Najwyższego nadchodzą sążniste listy, a nawet paczki z podręcznikami psychiatrii od Andrzeja K., skazanego w 2001 roku na 25 lat więzienia, który twierdzi, że w chwili popełnienia morderstwa był niepoczytalny. Zabójstwo filozofa z Uniwersytetu Jagiellońskiego, Artura R. oraz jego rodziny wstrząsnęło Krakowem. Bo też okoliczności, w jakich doszło do zbrodni były szczególne…

Tego dnia, w krakowskim Sądzie Okręgowym,  został ogłoszony wyrok w sprawie z powództwa inżyniera Andrzeja K. Chodziło o ustalenie współwłasności ogrodu i drogi dojazdowej do domu, który dzielił z małżeństwem Agnieszką i Arturem R., naukowcami z UJ.  Nieruchomość kupili prawnie od spadkobiercy części tej posiadłości. Proces toczył się od dłuższego czasu – inżynier nie zamierzał ustąpić nawet na krok. We wrześniu 2001 roku, sędzia oddaliła wniosek powoda o stwierdzenie nabycia nieruchomości przez zasiedzenie i przekazała sprawę do ponownego rozpoznania w sądzie niższej instancji.

Andrzej K. opuścił salę rozpraw mocno trzasnąwszy drzwiami. Do domu miał kilka minut spacerem. Kiedy jego przeciwnicy procesowi, Agnieszka i Artur R., weszli do willi, inżynier K. już czekał na nich z bronią w ręku. Trzydziestotrzyletni filozof zginął od razu, jego żona upadła z przestrzelonym kręgosłupem. Chwilę potem mężczyzna zastrzelił ojca Artura R.

Dla oceny zbrodni oskarżonego istotna była opinia o jego stanie psychicznym. Biegli sądowi nie stwierdzili u Andrzeja choroby psychicznej, ani też zaburzeń afektywnych w chwili popełnienia przestępstwa. Natomiast on upierał się, że w chwili zabijania był niepoczytalny i dlatego wystrzelił aż 22 naboje. W areszcie przeczytał kilka książek medycznych i sam postawił sobie diagnozę: Gdy strzelałem, znajdowałem się w stanie ostrej reakcji o podłożu syndromu przewlekłego stresu pourazowego. Dwa zespoły biegłych ze szpitali we Wrocławiu i Jarosławiu uznały, że Andrzej K. kłamie twierdząc, że po oddaniu strzałów doznał chwilowej amnezji. Zdaniem psychologów oskarżony precyzyjnie zaplanował zabójstwo.

Sąd okręgowy, a następnie apelacyjny, skazał Andrzeja K. na dożywocie. Kasacja do Sądu Najwyższego (rok 2007, sześć lat po zabójstwie) spowodowała przekazanie sprawy do ponownego rozpoznania w sądzie okręgowym. Tam znów zapadł wyrok dożywocia.

Kolejna apelacja (pod koniec 2010 roku) przyniosła zmianę wyroku – na 25 lat więzienia. Od tego wyroku kasację złożył Prokurator Generalny. Andrzej K. na wieść o kasacji oskarżyciela wystąpił o zmianę składu sędziowskiego. Na potwierdzenie swej tezy, że w chwili strzelania był niepoczytalny, wysłał sędziom do poczytania 70 książek o psychologii zaburzeń.

W 2010 roku kasacja do Sądu Najwyższego została oddalona, wyrok 25 lat więzienia dla zabójcy rodziny R. był już niepodważalny. Poza karą więzienia skazany miał zapłacić krewnym ofiar odszkodowanie. Andrzej K. nadal protestował: pisał do Rzecznika Praw Obywatelskich: Fakt, że troje z moich prześladowców wpadło do grobu, który sami sobie kopali w niczym nie zmienia faktu, że nic się im ode mnie nie należy (gdy K. to pisał, postrzelona w kręgosłup i potem sparaliżowana Agnieszka R. już nie żyła, zmarła po 4 latach ogromnego cierpienia). Skazanemu nie wystarczyło wysyłanie listów do różnych instytucji – założył swoją witrynę w internecie. Podaje tam nazwiska „mafijnych” sędziów, którzy orzekali w jego sprawie. Pisze: Mam nadzieję, że pieniądze, które mi po trupach zabrali nie przyniosą tym bolszewikom szczęścia. Zawsze będą śmierdziały trupem.

 

Mam skomplikowaną osobowość

Elżbieta M. z Tarnowa zwabiła do pustego lokalu i zamordowała nieznaną jej, 6-letnią Madzię. Nie przyznała się do zbrodni. Twierdziła, że nie pamięta, czy popełniła zarzucany jej czyn.

Przesłuchania były ponawiane. W czasie kolejnego, już siódmego, kobieta zmieniła linię obrony: tak, wyszła z domu z zamiarem zabicia dziecka, bo o to prosił ją nieżyjący syn, Amadeusz. On często przychodzi do niej i nakazuje, aby robiła różne złe rzeczy. Ostatnio chciał dostać na swoje urodziny rodzeństwo. Kazał jej zabić dziecko w jego wieku. Kiedy powróciła jej pamięć, na podłodze leżały zwłoki dziewczynki. Wtedy usłyszała głos syna: „Dziękuję mamusiu”.

Decyzją prokuratora Elżbieta M. została umieszczona na obserwacji psychiatrycznej w szpitalu Zakładu Medycyny Sądowej w Krakowie. Chętnie współpracowała z psychiatrami.

Powinien się mną zająć jakiś porządny lekarz. Psychoza urojeniowa jest widoczna na mojej twarzy – oznajmiła psychiatrom. – Mogłabym odbywać karę w wolnościowym szpitalu psychiatrycznym, jak najbliżej miejsca zamieszkania.

 

Prokurator, oczekując na diagnozę z krakowskiego szpitala, nie dopatrzył się w materiale śledczym, aby podejrzana miała urojenia. Elżbieta M. twardo stąpała po ziemi – potrafiła zadbać o swoje sprawy, a nawet przechytrzyć innych. Tymczasem opinia psychiatrów z Krakowa nadeszła jednoznaczna: „Elżbieta M. ma zniesioną zdolność pokierowania swym postępowaniem z powodu choroby psychicznej”. Prokurator odwołał się do biegłych psychiatrów ze szpitala w Bydgoszczy. Ci nie potwierdzili rozpoznania krakowskich kolegów po fachu. Kobieta symulowała, aby uciec przed skazaniem na długoletnie więzienie. Ale dlaczego udusiła nieznaną jej dziewczynkę?  Biegli nie znaleźli innej odpowiedzi poza taką, że impulsem była nieracjonalna chęć odwetu z powodu utraty własnego dziecka.

Zatem impas. Do przeważenia szali potrzebna była trzecia opinia. Więzienna karetka zawiozła Elżbietę M. do szpitala psychiatrycznego w podwarszawskich Tworkach. Oskarżona wysyłała ze szpitalnego aresztu dużo listów. Do matki Madzi: Proszę o wybaczenie jak matka matce. Madzia żyje i wiele chciałabym przez to powiedzieć. Proszę o spotkanie.

1 2 3 4>

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze