– Ja miałem dobre kontakty z zamordowanym. Pozwalał mi wędkować na swoich stawach. Zostawiłem mu tylko kilka ryb i po kłopocie – opowiadał jeden z miejscowych, który przypomniał sobie, że niedawno zauważył u Wojciecha toporek. Podobno zapytał go nawet, po co mu nowy, skoro ma kilka. „Solari” miał odpowiedzieć, że przyda mu się do rąbania drewna.

***

Wojciech S. mówił bliskim znajomym, że ma problemy z synem. Według nieoficjalnych pogłosek przebieg wydarzeń 16 września mógł wyglądać następująco: ojciec z synem wyjeżdżają w stronę pobliskiego Smogorzewca. Tam syn atakuje ojca toporkiem i porzuca ciało. Dalej jedzie już sam. Dojeżdża do „dziesiątki” i skręca na Warszawę. Po kilku kilometrach w clio uderza honda.

Wersji wydarzeń jest jednak więcej. Kolejna z nich głosi, że kilka dni wcześniej ojciec pokłócił się z synem. W piątek mieli wspólnie spędzać czas. To, co zdarzyło się potem, to już tylko domysły. Pewne jest tylko tyle, że mężczyźni pojechali razem samochodem w stronę Smogorzewca.

Opinia sądowo-lekarska mówi, że bezpośrednią przyczyną zgonu plastyka była ostra niewydolność oddechowo-krążeniowa. Doszło do niej na skutek rozległych obrażeń, odniesionych po ciosach ostrym narzędziem.

Co tak naprawdę wydarzyło się między ojcem a synem? Tego nigdy się nie dowiemy, ponieważ kilka godzin później Tomasz zginął w wypadku samochodowym. Około godziny 1.10 w nocy jego samochód czołowo zderzył się z hondą civic, za kierownicą której siedział 19-letni Dawid L. Przeżyła tylko jadąca z Dawidem jego 17-letnia dziewczyna. Nastolatka natychmiast trafiła do szpitala. Zeznała, że nie pamięta przebiegu wypadku.

Dawid L. prawo jazdy miał od niedawna, co oczywiście nie znaczy, że był złym kierowcą, ale… o tym za chwilę. Tymczasem Tomasz S. nie miał uprawnień do prowadzenia samochodów. Feralnej nocy Dawid jechał krajową „dziesiątką”, bo odwoził do domu swoją dziewczynę. Był zakochany po uszy, całe życie było przed nim. Zapewne snuł wizje, co będzie za 5, 10, 15 lat…

Prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie wypadku. Wstępnie ustalono, że wypadek spowodował Dawid, który nieoczekiwanie zjechał na przeciwległy pas ruchu. Doszło do czołowego zderzenia z autem Tomasza S. Taki przebieg wypadku potwierdził świadek z samochodu, który jechał bezpośrednio za jednym z aut. Policjanci szukali innych świadków wypadku. Szczególnie zależało im na osobach, które jechały dostawczym mercedesem sprinterem, zatrzymały się i udzielały pomocy pasażerce hondy civic.

 

 Niestety nasze apele o zgłaszanie się świadków w mediach nie przyniosły dotąd żadnego efektu. Grono świadków nam się nie powiększyło – poinformowała rzeczniczka toruńskiej policji.

Śledztwo w sprawie wypadku zostało umorzone z powodu śmierci sprawcy wypadku, czyli Dawida L., który nieumyślnie naruszył zasady bezpieczeństwa i doprowadził do zderzenia. Czemu zjechał na przeciwległy pas? Może wpływ na to miały substancje psychotropowe, które wykryto w jego krwi. Dodatkowo w hondzie znaleziono 1,5 grama amfetaminy.

Śledztwo w sprawie zabójstwa Wojciecha S. także zostało umorzone z powodu śmierci sprawcy, czyli Tomasza S.

***

Rodzina zamordowanego Wojciecha S. miała żal do psychiatrów ze szpitala, gdzie przebywał Tomasz.

– Dlaczego wypuścili mojego brata, którego sami określili jako „bardzo ciężki przypadek” – zastanawiała się siostra Tomasza i córka Wojciecha S.

– Tomasz był u nas hospitalizowany w sumie kilka tygodni. Raz po przepustce nie wrócił na czas do kliniki, ale kiedy wreszcie się pojawił, przyjęliśmy go. Trzy tygodnie przed wypadkiem nie było podstaw do dalszej hospitalizacji – tłumaczył psychiatra.

Oczywiście lekarze wiedzieli o konflikcie syna z ojcem:

Sam taki konflikt potrafi generować emocje nie do wytrzymania i pchać co czynów karalnych – mówił psychiatra. – Pamiętam, że już po wypisaniu Tomasza z naszej kliniki był u nas na wizycie kontrolnej z ojcem. Było dobrze.

Z Tomaszem rzeczywiście nie było najlepiej, co potwierdzili niektórzy sąsiedzi. Trzy tygodnie przed tragedią pojawił się u jednego z nich.

– Zapytał, czy może się u nas schronić, bo tata chce go zabić siekierą. Oczywiście powiedzieliśmy, żeby został. Uspokoiliśmy go także, że jeśli ojciec nagle wpadnie, to poradzimy sobie – opowiadała sąsiadka, właścicielka posesji, do której przybył Tomasz S.

Po chłopaka najpierw przyjechała policja, później karetka pogotowia. Tomasz miał trafić do szpitala psychiatrycznego w Bydgoszczy.

– Tomek był spokojny. Ratownicy pytali go, czy słyszy głosy. Zaprzeczył. Pamiętam, jak zwrócił się do ojca z pytaniem: „Tato, czy ty mnie zawieziesz?”. Ojciec odpowiedział, że nie. Tomek spokojnie przyjął to do wiadomości i wsiadł do karetki – wspomina sąsiadka.

Inny sąsiad tak komentował sytuację w rodzinie S.: – Ostrzegaliśmy, że w końcu dojdzie tam do tragedii. Raz ojciec z siekierą gonił syna, raz syn ojca. Ten dom to było jedno wielkie piekło i zagrożenie dla innych. Trudno zliczyć, ile razy interweniowała tu policja. Były tygodnie, że nawet co dwa dni.

 

Agnieszka Kozak

 

< 1 2

UDOSTĘPNIJ SOCIAL MEDIACH:

Komentarze

[fbcomments]